czwartek, 14 lutego 2013

Rozdział 7: "Klejący się do ust arbuzowy błyszczyk"

    - Ale... Ale teraz? - jęknął zdezorientowany tata.
Mama odwróciła się w moją stronę.
    - Córciu, wszystko w porządku? Nie masz gorączki...? - spytała.
    - Nie, mamo, wszystko dobrze...I nie no, po świętach, na rozpoczęcie Czterech Skoczni. - odpowiedziałam.
Dobrze jest, Milka,  się nie drą, nie kwiczą, nie piszczą, to nie jest źle. A przynajmniej na razie. Już nie raz były sytuacje, kiedy wszystko było pięknie i ogólnie perfect, ale później... Później, ohohooho! Więc wolałabym nie mówić hop, zanim nie przeskoczę.
    Siedzieliśmy chwilę w ciszy, aż w końcu tata odetchnął bezradnie.
    - Prosiaczku, przecież to jest pełno pieniędzy, kilometrów i zaangażowania... - powiedział łagodnie, jakby chciał mnie zniechęcić do mojego pomysłu. - Naprawdę chcesz tak do tego Andreasa jechać? Widzicie się przecież do konkurs...
    - Tato, są samoloty, nie będę szła tam przecież pieszo... Co do cen to mam uzbierane.
    - To słucham - powiedział nieco kpiąco, co mnie trochę zirytowało. Wzięłam oddech.
    - Samochodem zawosisz mnie do Krakowa na lotnisko im. Jana Pawła II, bilet do Monachium kosztuje 498 złotych, które mam uzbierane, a powrót fundują mi rodzice Andiego. Na lotnisku w Monachium czeka na mnie Tanja i jedziemy z panem Hermannem do Weissbach. - powiedziałam poważnym tonem. - Na wydatki zabieram ze sobą pięćset złotych, w tym sto od Kamila i Ewki, a dodatkowo 50 euro dorzuca mi pani Claudia. Czyli łącznie zabieram ze sobą około 703 złotych, wyjeżdżam na tydzień. Powinno starczyć.
Ani tata, ani mama pewnie nie spodziewali się po mnie tak szczegółowego planu. Prawda jest taka, że z rodziną Andreasa już w szpitalu rozmawialiśmy na Skypie o tym, że mogłabym kiedyś do nich przyjechać. A że teraz Andi nie będzie jechał na Cztery Skocznie, jak mnie poinformował, i w dodatku tęsknimy za sobą jak najęci, to chyba jest to idealna okazja.
    Tatę faktycznie zatkało.
    - Przecież zbierałaś te pieniądze na bluzę Morgensterna - odezwał się w końcu, nieco schodząc z tematu.
    - Tato, Thomas dał mi ją w prezencie na zeszłe urodziny i mam ją już ponad rok...
    - No ale, jesteś pewna? - mama dotychczas milczała, ale zdecydowała się coś powiedzieć. Myślę, że znała już odpowiedź doskonale, bo w końcu to ona była pierwszą osobą, której powiedziałam o tym zauroczeniu, i wiedziała że Andreas jest dla mnie bardzo ważny.
    - Mamo, jestem - jęknęłam - Gdybym nie było, to bym chyba nie obliczała codziennie cen lotów i kursów walut.
Tata westchnął tylko, po czym zaparkował samochód i wyjął kluczyki ze stacyjki. Siedzieliśmy trochę w samochodzie, w ciszy. Pewnie zastanawiali się, co mają ze mną począć. Nie spodziewali się, że nagle ta ich mała Amelka, ich Milka, ich Prosiaczek, który jeszcze kilkanaście lat temu gryzł ich w palce i szczypał w nosek, jest zakochany i planuje z rodziną ukochanego wyjazd do jego miejsca zamieszkania. Ouch, mamo, przepraszam, że nie jestem już brzdącem i dorastam, niedługo 17 lat na karku będzie i wkrótce 18. Sad but true.
    - To jedź - westchnął tata. - Jak kochasz, to jedź, a nuż będą ładne wnuki...
    - Ajć, Bronek! - mama dźgnęła swego męża łokciem. - Siedemnaście lat ma i maturę niedługo, a nie...
Wysiedliśmy z samochodu, ja z ogromnymi trudnościami jak zwykle, bo nie potrafię się obsługiwać tym cholerstwem, ale trudno. Poszłam wybierać z rodzicami lampki i zdecydowaliśmy się na tradycyjne białe w kształcie śnieżynek. Kupiliśmy trzy opakowania, jedno na choinkę i dwa do mnie - jedno na okno, drugie nad łóżko. Zwinęliśmy się najszybciej jak mogliśmy, bo zaczęło ku naszemu zdziwieniu grzmieć gdzieś w oddali. Wpakowaliśmy się do auta i odjechaliśmy do domu.
    Zaczął padać leisty, gęsty deszcz, robiąc z śniegu na drodze szarą papkę. One Direction pogrywało w radiu, a że tata chyba nie przepada za brytyjskimi boysbandami (oh Lułis/Hary/Najl/Lijam/Zejn!), to wyłączył to szybko. A zdążyłam już nucić pod nosem refren, który swoją drogą był bardzo wesoły i rozjaśniał nieco niebo na dworze. Co prawda przestało już grzmieć, ale za to nadal lało jak z cebra. Za oknem śnieg co prawda nie malał jakoś drastycznie, ale na drodze robiła się jednak z niego szara, błotnista papka. Uhuh, uwielbiam tą odsłonę zimy. Wygodnie położyłam nogi na kanapie z tyłu auta i przymknęłam powieki. Drzemka nikomu źle nie zrobiła.
    Drzemka z odgłosem deszczu w tle mogła zrobić tylko dobrze.


~*~

    Obudziłam się nie w aucie taty, tylko na kanapie. Naszej kanapie w salonie, mięciutkiej i ciepłej. Byłam okryta grubym kocem w żyrafki, a pod głową miałam miękkie poduszki. Przetarłam oczy i zmarszczyłam brwi. Poczułam aromatyczny, ziołowy zapach dochodzący z kuchni. Znajome. Tata pewnie ubiera Mama piecze kurczaka. MAMA PIECZE KURCZAKA!
    Poderwałabym się pewnie, gdyby nie konieczność bliskości Kathy i Katie, a że nie było ich obok, to musiałam się powolutku podnieść i wychylić głowę zza oparcie kanapy.
    - Mamo, robisz kurczaka?
    - Tak - uśmiechnęła się tylko i po chwili szybko zmieniła temat, zupełnie jakby krępowały ją kurczaki. - A co z tym Weissbach?
    - Cholercia... Daj mi kule.
Mama podała mi Kathy i Katie, po czym podniosłam się szybko i pokuśtykałam do pokoju. Schody, moje odwieczne rywalki, ciągnęły się w nieskończoność, więc kiedy tylko dotarłam do mojego królestwa, gdzie już wisiały lampki, opadłam na łóżko i sięgnęłam po telefon.
    Szybko napisałam smsa do Julii.
    "Rodzice okiełzani, plan na 90% zakończy się zwycięstwem Królowej Milkolandii Amelii Dżasty drugiej! :D"
    "ASKFLJKHDFL; jak miło! <3 Poinformować Andiego??"
    "Broń Boże, jeju Julia! Ani mi się waż!"
    "Ok, ok. Wiesz jak on tęskni? ;( Dzisiaj nic nie zjadł oprócz miseczki płatków i jakiegoś jogurtu."
Uniosłam brwi i poczułam jak coś mnie kuje. Andreas tęskni. Przeze mnie będzie nikł w oczach. Jego siostry się martwią. A ja grzeję dupsko w Zakopanem i kuśtykam w lewo i prawo. KURWA MAĆ.
    "Powiedz mu, że go kocham. </3"
    "To mu sama powiedz, hahaha :* Ja idę na imprezę za chwilę z Tanją, więc żegnam cię cieplutko, kochana :*"
    "Papaaatki!"
Zakończyłyśmy rozmowę, a ja nadal siedziałam z iPhonem w ręku. On, do jasnej Anielki, tęskni. I ja też. Oboje bardzo mocno. Ale ja nie chcę się spotykać, nie teraz. Dopiero za tydzień. Dopiero za ten długi tydzień będę mogła się z nim zobaczyć, przytulić go, znowu poczuć go przy sobie, znowu czuć jego mocne ramiona wokół mnie.
    Otworzyłam kontakty i zadzwoniłam do Andreasa. Przycisnęłam telefon do ręki i odchyliłam głowę do tyłu. Nigdy nie odbiera za pierwszym razem. Pierwszy, drugi, trzeci, czwa...
    - Schatz! - zawołał do telefonu z nadzieją w głosie. Mogłam wywnioskować, że uśmiecha się teraz szeroko i podrywa do góry. To jego niemieckie 'kochanie' było tak urocze  i słodkie, że miałam dreszcze za każdym razem gdy tak się do mnie zwracał. Było szczere. - Schatz, jesteś tam?
    - Tak, tak - wyrwałam się z zamyślenia. - Dzwonię powiedzieć, że cię bardzo mocno kocham, Andreas.
    - Andi.
    - No weź mnie nie poprawiaj - zachichotałam cicho do telefonu. - Kocham cię, Andi.
    - To ty mi tutaj nie gadaj tego przez telefon, tylko wejdź na Skype'a albo coś... Tęsknię za twoją twarzyczką, za twoim arbuzowym błyszczykiem, za tym tuszem na twoich rzęsach, aparatem na zębach, rozczochranej grzywce i-
    - A ja tęsknię za nieładem na twojej głowie, twoimi oczkami, zapachem twojego żelu pod prysznic i twoimi dłońmi na moich zmarzniętych policzkach - wyszeptałam na jednym oddechu. Chciałam go teraz tak mocno przytulić, mówić mu że go kocham co sekundę i przysunąć do siebie blisko.
    - Wow - odetchnął tylko, zapewne się uśmiechając delikatnie. - Naprawdę za tym tak bardzo tęsknisz?
    - A ty naprawdę też tęsknisz za moim błyszczykiem, który ci się klei do ust? - wydusiłam przez śmiech.
    - A powiem ci że tęsknię!
    - To się cieszę! - odparłam równie dumnym tonem, co Andi. Usłyszałam, jak mama woła mnie na obiad, i właśnie w tamtym momencie zaburczało mi w brzuchu. - Dobra, Wellinger, kończę już...
    - Zadzwoń - powiedział z nadzieją w swoim pięknym głosiku. - Bo będę tęsknił!
    - Pa, liebling. - zaśmiałam się do telefonu, po czym rozłączyłam się i chwyciłam za Kathy i Katie. Zeszłam po schodach, po czym podkuśtykałam do stołu i usiadłam na krześle. A raczej walnęłam się na to krzesło i schowałam twarz w dłonie.
    Mama przyglądała mi się chwilę, nakładając na talerze kurczaka, jeżynkę z marchewki i groszku i ziemniaki. Musiałam wyglądać jak kupa nieszczęść, mimo, że się nie czułam na tyle fatalnie. Faktycznie trochę tęskniłam. Albo raczej tęskniłam. Nie no, Milka, ty CHOLERNIE mocno tęskniłaś. No bo jak nie ty, to kto? To ty przecież przywiązywałaś się do ludzi jak rzep do psiego ogona, a jak kochasz, to z całego swojego krowiego serduszka. Prawda?
    - Przyda ci się ten wyjazd - westchnęła mama, po czym podstawiła mi talerz pod nos.
    - Nie mam apetytu - mruknęłam tylko w odpowiedzi.
Tata, który chwilę później również pojawił się przy stole, nadział ziemniaka na widelec i skonsumował warzywo. Zerknął na mnie, a po chwili wygiął usta w uśmiechu. Wymienił spojrzenia z mamą, która również miała przylepiony na usta lekki uśmiech.
    - Claudia dzwoniła, że Andi też nie ma apetytu - mama dźgnęła mnie lekko w żebra. - Syndrom tęskniących zakochańców?
    Spojrzałam na mamę, po czym odstawiłam talerz z kurczakiem na bok i jęknęłam. Odchyliłam głowę do tyłu i zaczęłam przyglądać się sufitowi. Bardzo możliwe, mamo, bardzo możliwe, że masz rację.
    - Tak - odparłam tylko. - Zdecydowanie.

A/N: No, Prosiaczki, mamy problem. Bowiem powróciła okropna nuda, brak jakiegokolwiek sensu w rozdziałach i tak dalej. Przepraszam was za ten kleik, którym była ta część, ale w przyszłym rozdziale prawdopodobnie pojawi się motym z Mistrzostwami i wyjazdem do Weissbach... Mam nadzieję, że wytrwaliście ten cukier i będziecie dzielnie czekać na pozbycie się go w następnych częściach :D
Tymczasem zajdą małe zmiany co do publikacji postów, bowiem będą one się pojawiały CO CZWARTEK. Coraz więcej nauki i pracy nad kolejnymi opowiadaniami, więc zaczynam nie wyrabiać, haha :D Ale cóż, niedługo startuję z Maćkiem Kotem (który podobno niedługo ma nas czymś zaskoczyć, czyżby farbnie się na blond? czy na zielony? :c) lub Andim Koflerem (ankieta trwa, juhuu!) i wstawiam pierwszy rozdział na Przeklinam cię :)

Pozdrawiam was serdecznie! :**

poniedziałek, 11 lutego 2013

Rozdział 6.: "Bałam się reakcji ufo"

    Płakałam długo na tyle, bym mogła prawie że usnąć. Nie miałam siły na nic tylko na płakanie, na wyrzucanie z siebie wszystkich uczuć i emocji tak, aby została tylko pusta. Abym zresetowała się, zupełnie jak komputer; abym zresetowała się i mogła być nastawiona na nowo. Nastawiona już nie na pływacką przyszłość, tylko na życie bez treningu, który był dla mnie częścią życia, bez trenera, bez pływalni. Już wiem jak się czuł Kamil czy Maciek po kontuzji. Albo jak Morgi  w 2003 roku. Czułam się jakby coś mnie wypalało od środka, jakbym zostawała pusta. Kręciło mi się w głowie, gdy tylko myślałam o tym jak będzie wyglądało moje życie bez pływania. Miałam wrażenie, że tylko Kamil mnie rozumie. Że tylko z nim jestem na tyle blisko, aby nie mówił mi pustych słówek i nie obiecywał błachostek, nie kłamał; tylko że będzie mówił mi jak jest naprawdę i że będzie pocieszał mnie takimi trafnymi słowami, które będą na mnie działały kojąco. Nawet Maciej chyba nie potrafił tego tak dobrze, nie mówię już o mamie czy tacie. Wszystko było trudniejsze niż myślałam, wszystko, co dotychczas było łatwe i normalne teraz było cholernie trudne.
    - Kamil?
    - Cicho, cicho... Jest w porządku. Nie płacz już, co się stało? - spytał łagodnie.
    - Ja... Ja muszę do niego zadzwonić - wycharczałam, po czym podniosłam się nagle i sięgnęłam po telefon. - Andreas się pewnie teraz martwi, Boże, czemu ja ryczałam taki szmal czasu zamiast od razu zadzwonić... Ja ogłupiałam, tak... No włączaj się, kurde! Ja muszę, po prostu muszę zadzwonić, a nie, teraz się jeszcze spierdolił iPhone... No żesz...
Złapałam się za głowę, trzęsąc urządzeniem. Ekran rozdzielała na pół porządna rysa, ale mogłam się odczytać z literek na ekraniku. Wtedy nie panowałam nawet nad swoimi słowami i nad tym co robię, chciałam po prostu jak najszybciej do niego zadzwonić, uspokoić go. Aczkolwiek z drugiej strony - pff, Milka, a jak jego to nie obchodzi? W końcu nie jesteś jedyną rzeczą w jego życiu, prawda? Jak na razie to zajmujesz może pięć procent jego umysłu, tak... A on zajmuje twoje 80. Jesteś taka głupiutka.
    Kamil przyglądał mi się uważnie przez pewien czas, aż w końcu uśmiechnął się i przeniósł wzrok na mój iPhone.
    - Naprawdę go kochasz. - uniosłam na chwilę wzrok, gdy usłyszałam słowa mojego brata. Jego niebieskie oczy, bardzo z resztą podobne do moich, wpatrywały się we mnie przenikliwie. Zastanowiłam się nad słowami Kamilka i wtedy dotarło to do mnie po raz kolejny. Milka, jesteś zakochana. Znalazłaś chłopaka, który jest dla ciebie kimś cholernie ważnym. Nie jesteś sama. I nie będziesz.
    - Bardzo mocno - wyszeptałam tylko pod nosem, z powrotem skupiając się na uruchamianiu iPhone'a.
Pospiesznie otworzyłam kontakty, po czym wybrałam połączenie z Andim. Przycisnęłam telefon do policzka, czując, jak robi mi się duszno. Odbierz, odbierz, odbierz. Potrzebuję cię. Piiip, piiip, piiip... Pierwszy, drugi, trzeci.
    - Amelia? - usłyszałam jego głos, zachrypnięty i zmartwiony. Zadziałał na mnie jak lekarstwo, zaszył wszystkie rany; zamknęłam oczy, po czym opadłam na poduszkę. Znowu czułam się spokojnie i bezpiecznie.
    - Tak, to ja - odpowiedziałam.
    - Boże, co się stało? Wszystko w porządku? Ja się tak bałem że coś ci się stało, dzięki Bogu, że żyjesz... Miałaś wypadek, tak? - głos Andreasa nabrał nieco panicznego tonu. Musiał się naprawdę martwić tak, jak mówił.
    - Auto mnie potrąciło... I... I...
Broda zaczęła mi się trząść. Skuliłam się, znowu przytuliłam się do kolan Kamila i wzięłam głęboki, drżący oddech. Andi szeptał kojąco i łagodnie do słuchawki, uspokajając mnie przez telefon.
    - Amelia, nie płacz, proszę... Cicho, cii... Powiedz mi co się stało, opowiedz dokładnie.
    - Ja... Ja... Ja wtedy z tobą rozmawiałam, tak? I mnie potrącił samochód... Przywieźli mnie chyba do domu... I... I tak... I okazało się że... Ż-że...
    - Że? - barwa jego głosu stała się jakby ciemniejsza, jeszcze bardziej chrypił. Łamał się. - Amelia, do cholery, powiedz mi co się stało!
    - Andi, ja nie mogę pływać - wyszeptałam słabym tonem. Coś we mnie pękło, jak bańka mydlana z wszystkimi uczuciami, które w sobie tliłam od chwili wypadku. Moje słowa były lakoniczne, ale wszystko zrozumiał. Wiedział, jak bardzo ważne jest dla mnie pływanie i Mistrzostwa i wiedział też, jak bardzo podciął mi ten wypadek skrzydła.
    Nie odpowiedział przez dłuższą chwilę. Jego odpowiedzią na moje słowa była jedynie cisza, która wtedy była najgorszą z możliwych odpowiedzi. Wzięłam głęboki oddech.
    - Zabiję skurwysyna! - Andi podniósł nagle głos, mogłam usłyszeć tą złość i bezsilność, którą czuł. Naprawdę się przejął. Nie chciałam tego, nie chciałam go denerwować; zastanawiałam się, dlaczego w ogóle do niego zadzwoniłam? Przynajmniej mogłam mu nie mówić o powikłaniach. Teraz będzie się tak bardzo martwił.
    - A-Andreas? Nie denerwuj się, dobrze? Ja wyzdrowieję, i...
    - Przestań, Milka, przestań - odpowiedział słabym tonem. - Gdzie jesteś? To znaczy w którym szpitalu? Przyjadę do ciebie jak tylko się rozpakuję, nie, już za chwilę przyjadę...
    - W Zakopanem.
    - Okej, okej... - wypuścił powietrze z płuc. - Mamo, muszę jechać do Zakopanego... - zwrócił się pewnie do swojej rodzicielki.
    - Wellinger, o czym ty gadasz?
    - Muszę z tobą być teraz, tak? Chyba na tym polega miłość. Z resztą... Gdybym nie zadzwonił wtedy, ty... Ty byłabyś cała. To moja wina, Boże...
Powtarzał słowa Macieja, a ja znowu zareagowałam tak samo.
    - Nie, Andi, to była tylko i wyłącznie wina albo kierowcy, albo moja. I przestań tak mówić, to po pierwsze, a po drugie, nie musisz przyjeżdżać. Zadzwonię do ciebie na Skypie, okej?
    - Kocham cię Amelia. Cholernie mocno.
    - Ja ciebie też, Andreas.

~*~

    A  jednak nie zadzwoniłam. 
    Od mojej ostatniej rozmowy z Andreasem minęły dwa tygodnie. Jutro święta. Pozornie wszyscy się cieszą i nie mają problemów. Jak już jednak mówiłam, to pozory. Wszyscy je mają, tylko na ten okres chcą je ukryć, aby nie zawracać sobie nimi głowy i skupić się na świętowaniu i cieszeniu się z rodziną. Ja też próbowałam. Nawet trochę wyzdrowiałam, i fizycznie i duchowo, bo po pierwsze - mój stan polepszył się nieco. Zostałam wypisana ze szpitala, lekarz wypisał skierowanie do rehabilitanta. Duchowo - bo okazało się, że oprócz maści, lekarstw i tej całej rehabilitacji z lekarzem, mogę leczyć kolano również na pływalni, z specjalnym trenerem. To pozwoliłoby mi na szybszy powrót do zdrowia i chociaż trochę przybliżyłoby mnie do ponownych treningów.
    Tęsknię bardzo za Andim, ale coś mi mówi, żebym nie dzwoniła. Tak tak, wiem, że on się martwi, troszczy. Kocha. Jak sam mówi - kocha cholernie mocno. Ale ja chyba się trochę też boję rozmowy z nim, boję się tego że znowu rozpłaczę się, że wyjdę na tą irytującą, infantylną słit sewentiiin. Nie, Milka, nie tego się boisz. Boisz się tego, że będziesz musiała szczerze z nim porozmawiać - powiedzieć mu na nowo o tym głupim wypadku i o twojej sytuacji. Bałaś się właśnie tego chyba, nie? Trudno. Jak kocha, to poczeka.
    -  Amelia, kochanie, chodź szybko do samochodu - zawołała mnie nagle mama. Faktycznie, już od godziny kisiłam się u siebie w pokoju, ubrana, gotowa, czekając, aż będziemy mogli pojechać po lampki a choinkę. Albowiem w tym roku nasz dom udekorowaliśmy ozdobnie wszystkimi lampkami, które posiadaliśmy, i nie wystarczyło na choinkę.
    - Dobra, już mamo!
Złapałam za kule i podkuśtykałam do drzwi. Ach, no tak, poznajcie moje nowe przyjaciółki, z którymi będziemy się pewnie blisko trzymały przez dłuższy czas , poznajcie się - ta na lewo to Katie, a na prawo - Kathy. Nie mówcie nikomu, ale tak naprawdę to szczerze ich nienawidzę, ale pomagają mi w życiu niesłychanie. I basta.
    Zeszłam powoli po schodach, po czym zarzuciłam kurtkę, ubrałam czapkę i szalik i wyszłam na dwór. Tata siedział już w samochodzie, a mama odgarniała śnieg z szyb. Wsiadłam na tylne siedzenie i włożyłam słuchawki do uszu. Jako, że dziś niedziela i w dodatku przed świętami, to tylko kilka sklepów było otwarte i musieliśmy jechać do znajomego sklepu na przedmieściach, aby kupić porządne lampki. Z radia wypływała melodia któregoś z hitów z lat 80, tata pogwizdywał pod nosem, a mama siedziała obok niego i szukała czegoś w torbie. Zmieniłam piosenkę w iPhonie, ale gdy zauważyłam, że już przesłuchałam wszystkie playlisty, wyłączyłam odtwarzacz i dopiero wtedy zauważyłam moją tapetę. Przysięgam, że wczoraj jeszcze miałam inną, jak Kamil wychodził nawet i zabierał trochę pierogów od mamy, to jeszcze ją miałam, bo sprawdzałam godzi...
    Kamil.
To on ją pewnie zmienił, podły człowiek! Albo i kochany człowiek... No bo, kurde, nikt nie mógł zaprzeczyć, że ta tapeta była brzydka - zdjęcie Andiego i moje, z Sochi, z koronacji. Z tamtej chwili. Tamtego pocałunku. Przepełnione uczuciami, emocjami, atmosferą i chwilą zdjęcie. Uśmiechnęłam się szeroko, po czym podziękowałam bratu w myślach. I wtedy w mojej głowie narodził się pomysł, pozornie w pierwszej chwili nieco głupi i dziecinny, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że bardzo skuteczny. I że pozbędę się dzięki niemu tęsknoty w piękny sposób.
    Miałam w końcu jego adres. Wiedziałam, gdzie miezka. I wiedziałam również, że po świętach zaczyna się Turniej Czterech Skoczni, a pierwszy konkurs odbywa się w Oberstdorfie. Weszłam na Mapy Google na iPhonie, po czym obliczyłam i porównałam odległości w kilometrach z Oberstdorfu i Garmisch-Partenkirchen do Weissbach i Zakopanego. Nie byłam jedynie pewna reakcji mamy i taty oraz Kamila, Maćka, znajomych, przechodni, księdzy, Brada Pitta, ufo, Baracka Obamy, Bozi (i jeszcze Latającego Potwora Spaghetti). Bo w końcu mój pomysł był dosyć ryzykowny i kosztowny... Chyba.
    - Tato?
    - Tak, Prosiaczku? - cicho, udajcie, że nie słyszeliście tego upokarzającego przezwiska, które nadano mi w dzieciństwie, gdy byłam nieco pulchniejsza. Wszyscy nazywali mnie Milką, ale dla taty byłam Prosiaczkiem.
Wzięłam głęboki oddech, zastanowiłam się raz jeszcze, aby się później nie rozmyślić z tego nieco szalonego i spontanicznego planu. Ale przecież cel jest wysoki i słodki, bowiem zobaczę się z Andim. Z moim Andim. Przez moje myśli przebiegło pełno myśli i kolejnych pomysłów oraz fala ekscytacji, gdy już wyobraziłam sobie finał mojego planu.
    - Chcę pojechać do Weissbach.

A/N: Heuheheueueueheu, jest 6 rozdział. Po tym szalonym pomyśle Milki zaczynam mieć wrażenie, że w wypadku doznała również powaaaażny uraz głowy, ahahha :P Cóż, do mnie przyjechała sąsiadka z Anglii, więc się muszę nią nacieszyć, hahaah :D Ale tymczasem zapraszam na nowiutkie opowiadanie o... No właśnie, dowiecie się jak klikniecie tu: Przeklinam cię. :> Zapraszam cieplutko! Już nie tak bardzo słodziutka fabuła będzie.

Pozdrawiam! :*

czwartek, 7 lutego 2013

Rozdział 5. "Jak kulka w głowę"

    Bawiliśmy się w naszym autokarze w najlepsze. Ewa, gdy obudziła się już i zauważyła rysunek na twarzy (bardzo wywinięte te wąsy miała, narysowałabym ładniejsze, hmpf!), zrobiła chłopakom dosłownie piekło. Okazało się, że Krzysiek ma łaskotki i to wcale nie małe, wystarczyło dotknąć go w żebra i już się chichrał. Oczywiście, wykorzystałyśmy tą okazję i skończyło się na tym, że Miętus był cały siny ze śmiechu.

    - Boże, Ewa, przestańcie już, ahahaha MILKA PRZESTAŃ - wydzierała się nasza bezradna ofiara, wijąc się na boki, kiedy dźgnęłam go w żebra i zaczęłam go łaskotać. Nie pomyślałam, że Maciek, który dotychczas siedział cicho, ostatecznie może zrobić mi to samo i chwilę później sama już błagałam Kociątko o wybaczenie. Kierowca jedynie się śmiał z nas, że zachowujemy się jak pięciolatki, a po chwili Łukasz Kruczek uświadomił Macieja oraz Krzysztofa, iż mają dożywotni zakaz zbliżania się do mnie i do Ewy, albowiem bębenki w jego uszach tego spotkania nie wytrzymują. Ale sytuacja się nie uspokoiła, ba, nadal się darliśmy w niebogłosy, no, bo jednak jak ktoś ciebie gilgocze jak nigdy to chyba nie jeden by poszedł w nasze ślady, ale ostatecznie zaczęły boleć nas gardła i postanowiliśmy przestać.
    Rozłożyłam się wygodnie na fotelu, po czym zaczęłam smsować z Moniką. Przyjaźniłyśmy się od podstawówki, więc już w sumie kupę czasu, i mimo, że Moniś nie rozumiała mnie tak mocno jak na przykład Maciejka czy Kamiś, to i tak była dla mnie jak siostra. Poziomu Kota albo Kamila już się nie da osiągnąć, to była taka więź, że nie da się tego opisać słowami.
    "Nie że coś, ale widziałam cię dziś w telewizji :P Fajny ten twój Andi jest ;)"
    "Ahahahaa, no jasne! Pomarzyć możesz! xD :*"
    " No żartuję przecież. ;*  Kamera się wg na was zbliżyła i komentatorzy pogwizdywali."
    "Aha, to fajnie."
    "No wiem :> Spodziewaj się nagonki w szkole."   
Usłyszałam nagle, jak Maciek mnie woła. Ewa szturchnęła mnie w ramię, więc postanowiłam zakończyć naszą rozmowę z Moniką w typowy dla nas sposób (nie, nie jesteśmy pokemonami - po prostu lubimy je parodiować, żegnając się).
    " Taaa jasne! :D Loffffki, psiapsiółko, Maciuś mnie woła po coś :*"
    " Loffki koffki, Milkunio :*"
Zablokowałam telefon, po czym zwróciłam się w stronę Macieja.
    - No, co chciałeś? - spytałam z uśmiechem, po czym usiadłam na miejscu obok niego, które akurat było wolne, bo Maciejka musiała na nim rozłożyć nogi. Na szczęście szybko je schowałam, gdy miałam na nie usiąść.
    - Wiesz... Niedługo przejeżdżamy obok Tesco... - wydął dolną wargę.
    - Ile kasy ci pożyczyć? - westchnęłam z udawaną obrażoną miną, po czym i tak uśmiechnęłam się do niego radośnie.
    - Nie, nie o to chodzi. Składamy się na Zozole?
    - No spoko. Ile masz?
    - Tutaj to to kosztuje jakieś nasze piętnaście złotych, ja mam siedem.
    - To ja dołożę osiem. - uśmiechnęłam się, po czym zwróciłam się do Łukasza. - Łukasz, zajeżdżamy do Tesco? Tak na serio serio?
Trener Polaków odwrócił się w moją stronę, po czym uniósł brwi.
    - Gdzie mamy zajeżdżać? - uniósł kąciki ust do góry, po czym spojrzał na Maćka, który schował się za fotel przed nim. - No okej, jak chcecie to możemy zajechać. Kto idzie kupować?
Wskazałam na Maćka, ale że on nadal chował się za oparciem, a inni nagle zaczęli udawać, że śpią, to postanowiłam sama pójść po te żelki dla Maciejki i dla mnie. Spytałam się jeszcze, czy komuś coś też kupić, ale jako, że wszyscy nadal udawali słodziutko śpiących, to poszłam sama. Wygramoliłam się z ciepłego, wygodnego fotela, po czym wyszłam z autokaru.
    Uderzyło mnie zimne, rosyjskie powietrze, które zdawało się teraz być jeszcze mroźniejsze niż jakiś czas temu, na skoczni. Zaczęłam dygotać, więc zapięłam tylko szybko kurtkę, naciągnęłam czapkę na uszy i potruchtałam do rosyjskiego Tesco, w poszukiwaniu kwaśnych Zozolów. Szukałam ich kilka minut, pytając obsługę koślawym angielskim gdzie znajduje się dział ze słodyczami. Ku rozpaczy Kociątka, nie znalazłam ich. Dlatego też kupiłam mu tylko Oshee z Realem Madryt, po czym myknęłam na zewnątrz.
    Gdy tylko wyszłam z budynku, Florrie zaczęła nagle wyśpiewywać jedną ze swoich piosenek z mojego iPhone'a, co oznaczało przychodzące połączenie. Wyjęłam telefon z kieszeni i uśmiechnęłam się do siebie, gdy zauważyłam wspólne zdjęcie z Andim, które zrobiliśmy sobie wtedy w Lillehammer, które pojawiło się na ekranie.
    - Halo?
    - No cześć - po jego głosie mogłam wywnioskować, że przed chwilą skończył drzemać. - Odebrałaś smsa?
    - Tak, a co? - serce mi zabiło mocniej. Idioto, będę trzymała tego smsa w skrzynce do śmierci, a ty się pytasz czy go w ogóle mam. Śmieszny chyba jesteś, pfff...
    - Bo nie odpisałaś.
    - Zaskoczyłeś mnie - uśmiechnęłam się, po czym zaczęłam krążyć w kółko po krawężniku. Serce mi załomotało. - Ale...
    - Ale? - spytał cwaniacko, na co spuściłam głowę i poczułam rumieńce kwitnące na moich policzkach.
    - Ale też cię kocham. Już od... Od nie wiem jakiego czasu. Chyba odkąd cię zobaczyłam. Już wtedy wiedziałam, że jesteś wyjątkowy i... I... I kocham cię.
Uniosłam głowę i poczułam, jak ciężar spadł mi z serca. Nie masz się czego bać, Milka, on ciebie kocha, ty jego też, możesz powiedzieć, że jesteście razem. Wiesz już co czujesz i znalazłaś tego kogoś.
    - Wiesz, ja uświadomiłem to sobie dopiero, gdy zauważyłem ciebie dziś na trybunach - powiedział łagodnie. - Jak zauważyłem, że prawie płaczesz. Nie emocjonuj się tak następnym razem, nie chcę widzieć jak płaczesz z mojego powodu.
    - Byłam z ciebie dumna - żachnęłam się ze śmiechem, a po chwili spoważniałam. - Ale z tego Andiego z Ruhpolding, a nie Andreasa Wellingera, fenomenu niemieckich skoków. Kocham cię, Andi.
Oglądnęłam się wokoło, gdy przechodziłam przez pasy. Żaden samochód nie jechał, więc postanowiłam przejść, zwłaszcza, że w autokarze Maciej pewnie już myślał nad szukaniem mnie w tym rosyjskim Tesco.
    - Ja ciebie też kocham.
Miałam już postawić stopę na krawężniku. Autokar był naprzeciwko mnie, znajdował się może trzy metry dalej ode mnie, kiedy poczułam przeszywający, niesamowity ból roznoszący się po całym moim ciele. Wydałam z siebie krzyk, w którym nie rozpoznałam nawet swojego własnego głosu. Poczułam, jak tracę całe czucie w prawej części ciała i spadłam na zimną, twardą ziemię z czegoś. Złapałam się za brzuch, zwijając się w kłębek i czując ostry ból w płucach; próbowałam oddychać, ale mój oddech był płytki i nieregularny, łapałam powietrze szybko. Po mojej skroni spływało coś ciepłego, jakaś ciecz. I dopiero kiedy zamknęłam i otworzyłam z ogromnym trudem oczy zauważyłam czerwoną maź obok mojej głowy, na moich włosach, na asfalcie.
    Potrącił mnie samochód.
    Nie wiedziałam nawet, co mam zrobić. Przez mój kręgosłup przeszła nagła fala ostrego, przeszywającego bólu, chciałam zgiąć się jeszcze bardziej, ale nie miałam siły. Cała prawa część ciała była nieczuła na jakikolwiek dotyk czy ruch, usłyszałam przerażony, znajomy krzyk, bodajże Ewy.
    - Amelia! - poczułam łomotanie w głowie. Zbyt głośne dźwięki wywoływały u mnie okropny ból głowy, który podsycał dodatkowo ten płynący z kręgosłupa, płuc i rany na głowie. Kaszlnęłam mocno, czując się jakbym miała za chwilę wykaszleć sobie płuca, po czym wydałam z siebie głuchy jęk, gdy Maciek i Ewa podbiegli do mnie.
    - Jezus, Amelia, nie zamykaj oczu, nie zamykaj oczu, cicho, wytrzymaj - szeptał Maciej, unosząc mnie delikatnie i poklepując mnie po policzku. Kiwałam delikatnie głową, próbując nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Starałam się z całych sił, aby faktycznie nie stracić przytomności. Zauważyłam kątem oka, że Ewa drżącymi palcami wykręca szybko numer ratunkowy.
    - Ewa, dzwoń szybciej, ona... Ona... Boże, Amelka, nic nie mów, ona tak płytko oddycha - wyjąkał Kot, trzymając mnie ostrożnie i dyskutując jeszcze z kierowcą auta. - Boże, ona ma taki pusty wzrok, Ewa, dzwoń po pogotowie, błagam cię!
    - Zadzwońcie do Kamila - wycharczałam, ciągnąc lewą ręką za kurtkę Maćka. Skrzywiłam się, czując kolejną falę bólu przebiegającą wzdłuż mojego kręgosłupa. - Proszę, do Kamila.
    - Będzie dobrze - uspokoił mnie po raz kolejny Maciej, po czym przeklął po cichu i wytarł kciukiem krew z mojej skroni.
Skinęłam znowu głową, czując jak moje ciało robi się coraz cięższe. Rany zdawały się piec i parzyć, a moja prawa noga i ramię nadal były sparaliżowane. Obraz dookoła wyostrzył się nagle, aby późniek wyblaknąć i rozmazać się gwałtownie. Słyszałam jeszcze chwilę stłumiony głos Maćka i Ewy oraz kierowcy w tle, ale nie mogłam rozszyfrować ich słów. W mojej głowie słyszałam jedynie moje szybkie bicie serca, a z pewnym uderzeniem wszystko wokół stało się czarne i głuche.

~*~

    Otworzyłam oczy ostrożnie i powoli, jakby bojąc się, co stanie się zaraz po tym. Ostre światło poraziło mnie od razu, dlatego też musiałam jeszcze chwilę poleżeć z zamkniętymi oczami i dopiero po chwili je otworzyć. Kark bolał mnie tak mocno, że bałam się obrócić w którąś stronę; wiedziałam jednak, że w pokoju ktoś jest.
    - Amelka - usłyszałam nagle głos Kamila, łamliwy. Obróciłam z wysiłkiem głowę w jego stronę, a gdy Kamil zobaczył mnie (musiałam chyba naprawdę być nieźle poobijana) od razu przytulił mnie do siebie mocno. Głaskał mnie po włosach, chcąc bardziej uspokoić siebie niż mnie. - Moja mała, kochana Amelka.
    - Jesteśmy w domu? - spytałam cicho, a gdy zobaczyłam za szybą Maćka rozmawiającego z moją mamą i jakimś lekarzem, mimowolnie uśmiechnęłam się.
    - Tak, w Zakopanem - odpowiedział, po czym pogłaskał mnie po skroni. - Rozwaliłaś sobie głowę.
    - Naprawdę? - chciałam dotknąć dłonią mojej głowy, ale przeszył mnie straszny ból całego prawego ramienia. Jęknęłam głośno.
    - Nie ruszaj się jeszcze tak bardzo, musisz odpoczywać...
Skinęłam powoli głową, po czym spojrzałam na szafkę nocną. Leżał na niej mój iPhone, z pękniętym ekranem, mój laptop i aparat. W dzbanku stał bukiet kwiatów. Nagle zaschło mi w płucach, poczułam, jak serce mi mocniej i szybciej zaczyna bić. Zbyt dużo emocji naraz wywołało u mnie ból głowy w skroni, ale nie zwracałam wtedy na to uwagi. Raz jeszcze spojrzałam na mojego iPhone'a.
    Andreas.
    - Kamil - uniosłam się na łokcie, po czym sięgnęłam po telefon. Wymagało to ode mnie dużo siły, ale wtedy liczyło się głównie to, żeby Andreas się nie martwił i wiedział, co się dzieje. - Andi wie o tym?
    - Tak, dzwonił do ciebie, ale Ewa nie odebrała. Później zadzwonił do mnie i powiedziałem mu.
Przełknęłam ślinę nerwowo, jednak gdzieś w duchu czułam ulgę.
    - Co mówił?
    - Denerwował się strasznie, bo słyszał pisk opon i jak krzyknęłaś, a później twój telefon się roztrzaskał i nie wiedział, co się dzieje.
    - Okej, okej... Dzięki za kwiaty. - uśmiechnęłam się do brata.
    - To od Maćka akurat - Kamil spojrzał na wazonik. - Strasznie się przejął twoim wypadkiem.
    - Zawołaj go.
Kamil skinął tylko głową i zawołał Maciejkę, po czym sam poszedł po kawę z automatu i zaczął rozmawiać o czymś z lekarzem. Maciej wpadł do pokoju jak torpeda, po czym ostrożnie rzucił się na mnie i zaczął przyglądać mi się uważnie.
    - Jesteś cała? Nic cię nie boli? Jak się czujesz? Pamiętasz mnie? Jak się nazywasz? - zasypywał mnie pytaniami, a gdy skończył wziął tylko głęboki oddech.
    - Spokojnie, Maciek - odpowiedziałam tylko.
    - No dobra. - zmarszczył brwi, siadając na krzesełku obok mojego łóżka. - Jak jeszcze raz będziesz taka głupia, to zabiję albo ciebie, albo tego twojego kochasia...
Spojrzałam na niego zdezorientowana, aczkolwiek skupiona.
    - O kim...
    - No tego twojego młodego Niemca - żachnął się skoczek. - Wiesz, skoro się przyjaźnimy, powinnaś mi mówić takie rzeczy. W ogóle wkurwiony jestem, gdyby do ciebie nie dzwonił, nie leżałabyś teraz tutaj, a tak to...
    - Maciek - przerwałam mu ostro. - To nie jest jego wina, że tutaj leżę, tylko wyłącznie moja lub kierowcy tamtego samochodu. I powiedziałabym ci, tylko nie miałam czasu. Tak, jesteś moim drugim bratem, najlepszym przyjacielem i mówimy sobie o takich rzeczach, to po pierwsze. A po drugie, skoro jesteśmy przyjaciółmi, ty akceptujesz moje decyzje, moje zauroczenia, i nie mówisz mi, że robię coś źle. I kiedy mam kogoś, kto jest dla mnie ważny nie krytykujesz go! - ostatnie słowa powiedziałam drżącym głosem.
    - Tak długo, jak te decyzje są złe, mam prawo się do nich wtrącać - warknął, po czym odchylił głowę do tyłu. - Słuchaj Amelia, nie podoba mi się to, że chodzisz z jakimś Niemcem, który po pierwsze jest jeszcze gówniarzem, a po drugie się tobą bawi. Przyjaciele są właśnie od zauważania takich rzeczy - dociął.
    - Boże, Maciej - schowałam twarz w dłoniach. Czułam, jak oczy robią mi się wilgotne, a po chwili już zaczęłam płakać. Wiedział przecież, jak bardzo bałam się samotności i tego, że zostanę kiedyś sama. Że Kamila nie będzie, Maćka też, rodziców również. Że będę sama i nie będzie przy mnie już nikogo. Wiedział, że odrzucałam wszystkich tylko po to, aby zaczekać na kogoś, kto zasługuje na tą moją pierwszą miłość, na kogoś, kto nie będzie taki jak inni chłopacy. Który będzie się o mnie troszczył. A on teraz mówi mi, gdy potrzebuję jeszcze wsparcia po tym głupim wypadku, że 'to zły pomysł, że to jakiś gówniarz i że się mną bawi'. I podważa jeszcze moje słowa o naszej przyjaźni. Zaszlochałam żałośnie.
    Zapadła głucha cisza, którą przerywał tylko mój płacz, który z każdą sekundą słabł powoli. Maciek patrzył tylko na sufit, a gdy już wyciszyłam i uspokoiłam się do końca, nachylił się nade mną i przytulił mnie do siebie.
    - No Milka, przepraszam no - powiedział. - Wiesz, że nie chcę, aby ktoś cię skrzywdził. Wiem, ile czasu poświęciłaś, aby pozbyć się tej fobii i aby znaleźć tego kogoś.
    - To nie mów takich rzeczy na następny raz. - załkałam.
    - Przepraszam, Milka. - pocałował mnie w czoło.
    - No spoko.
Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, ale Maciejka musiała już spadać do domu, bo i tak już był zmęczony i otrzymał ode mnie dodatkową dobę jazdy trasą Rosja-Polska, a niedługo w końcu święta. Pożegnaliśmy się, po czym wyszedł, machając mi jeszcze później przez szybę.
    Znużył mnie akurat sen, kiedy Kamil wszedł do pokoju, z nieco zmartowiną i skupioną miną, po czym usiadł koło mnie na łóżku. Złapał mnie za rękę, po czym zaczął rysować na niej nerwowo jakieś rysunki. Chwilę później w pokoju znaleźli się również mama i Maciek, a za  nimi wszedł lekarz i zamknął za sobą drzwi. Zapadła głucha, nieco przerażająca cisza, którą urozmaicał jedynie dźwięk długopisu przemieszczającego się po papierze. Lekarz uważnie pisał coś na kartce, a po chwili położył ją na szafce obok mnie. Spojrzałam mu w oczy i przełknęłam powoli ślinę, słysząc niepokojące słowa Kamila.
    - Panie doktorze, ona jest na pewno gotowa na to? - spytał, unikając kontaktu wzrokowego ze mną. Nie wiedziałam zupełnie, o czym Kamil mówi, a ton jego głosu i jego wyraz twarzy jeszcze bardziej mnie martwił. Co mi się do cholery stało i o czym mówił mu lekarz? Poczułam, jak robi mi się duszno.
    - Myślę, że można ją tego uświadomić już teraz - lekarz zwrócił wzrok na mnie, po czym wsunął dłoń do kieszeni kitlu. - Lepiej zrobić to już w tej chwili, niż później.
    - Kamil - pociągnęłam brata za rękaw. - Co mi jest? - wyszeptałam do niego, na co pogłaskał mnie tylko po głowie.
    - Powiemy to bezpośrednio.
Serce mi na chwilę stanęło, gdy usłyszałam słowa lekarza. To nie brzmiało dobrze. Zawsze w filmach, książkach, nawet z opowiadań moich znajomych czy rodziny mogłam wywnioskować, że gdy doktor zaczyna tymi łowami, nie moze być dobrze.
    - Samochód uderzył w ciebie z taką siłą, że naderwał włókna w mięśniach prawej nogi oraz przedramienia. Kości w kolanie i ręce są złamane, kilka żeber również. Możesz ewentualnie czuć małe bóle w lewej ręce, ponieważ spadłaś na nią z maski. Najgorzej jest jednak tak jak powiedziałem z prawą ręką i kolanem. Co my tutaj mamy... - zerknął na papiery - Złamana kość strzałkowa, odklejona łąkotka, zerwane wiązadło boczne, ubytek chrząstki.
To było dla mnie jak kulka w głowę. Wiedziałam, co się kieruje za odklejoną łąkotką i tymi  wszystkimi świństwami, które mi się przydarzyły. Trenerowi stało się kiedyś to samo - u kulach mógł chodzić po trzech dniach, zaczął chodzić bez ich pomocy po trzech tygodniach, a do luźnego pływania przeszedł dopiero po dwóch miesiącach. Profesjonalne treningi były możliwe dopiero pół roku później. A tymczasem, ja miałam Mistrzostwa Polski już w czerwcu. Eliminacje - w kwietniu. Na styk mogłabym się wykurować, aczkolwiek licząc czas przygotowań i treningu oraz wymagany stan zdrowia, nie miałam szans.
    Poczułam, jak łzy nabierają mi się do oczu, a chwilę później zaczęły powoli spływać po moich policzkach. I druga, trzecia, czwarta. Zaczęłam żałośnie szlochać, pozbywając się wszytkich uczuć. Wtuliłam się mocno w Kamila, czując, jak to mnie wypala od środka. Przecież trenowałam odkąd miałam dziesięć lat, siedem lat poważnego treningu, dwa srebrne medale Mistrzostw Polski, czwarte miejsce Mistrzostw Europy. Miałam popłynąć po złoto Polski. A teraz mi te wszystkie marzenia zabrano, jakby nigdy nic. Jednym wypadkiem samochodowym, który przecież mógł skończyć się lżej i bez większych skutków.
    - Ja... Ja... - zachłysnęłam się powietrzem, po czym otarłam łzy lewą dłonią i uspokoiłam oddech. - Ja muszę pływać. Jeszcze w kwietniu. W marcu, lutym, muszę!
    - To niemożliwe  - odparł tylko lekarz, po czym spojrzał na mnie ze współczuciem. Mama próbowała mnie pocieszyć, ale odepchnęłam ją i pozwoliłam tylko Kamilowi, aby mnie głaskał kojąco po plecach i całował raz na jakiś czas w skroń.
    - Boże, Kamil - wyszeptałam drżącym, słabym głosem. Nie miałam już na nic sił.
    - Nie płacz, Amelka... Ciiicho... Będzie dobrze. Obiecuję ci to.
Lekarz rozmawiał jeszcze chwilę z moją mamą o pomocy psychologa, po czym wyszedł z pomieszczenia. A ja płakałam i płakałam na ramieniu Kamila, nie chcąc, aby gdziekolwiek szedł. Mówiąc szczerze to wtedy chciałam zasnąć na jak najdłużej i obudzić się dopiero, gdy wszystko się uporządkuje.

A/N: Tadaaaa! Chcieliście trochę dramatu, dlatego też jest :P Co prawda Milka żyje, ale jej Mistrzostwa są poważnie zagrożone. Nie wiem jeszcze, czy jej pozwolić tam wystartować czy nie, ale to już będzie zależało od mojego humoru chyba :D Hmmm, ja ogólnie choruję ostatnio, ale od 9.02 mam FERIEEE! </3 Dwa tygodnie słodkiego lenistwa! :P Może zrobię jakąś ankietę albo trailer związany z opowiadaniem, co wy na to? :) I na pewno wystartuję z dwoma-trzema nowymi opowiadaniami, bo mam już gotowe prologi. Mogę wam tylko zdradzić, że również będą o skokach :*
To jak, chcecie w pon. jakąś niespodziankę? :3

CZYTASZ? = KOMENTARZ!!

Pozdrawiam! :***

poniedziałek, 4 lutego 2013

Rozdział 4. "Za tydzień to samo?"

    Czułam się jakbym była na Wielkiej Krokwi. Emocje (przynajmniej moje), które tam przeżywałam były tak samo ogromne jak te w Zakopanem. Trybuny były zapełnione, flagi różnych krajów zostały uniesione w górę. Rozweseleni Rosjanie wyśpiewywali jakieś piosenki za każdym razem, gdy na belce zasiadał ich zawodnik; wokół oczywiście nie brakowało również polskich kibiców, no ale ja i Ewa miałyśmy chyba największą flagę z wszystkich, więc się rzucałyśmy w oczy. Ale nie o klimat mi chodzi. Chodziło mi o to, jak bardzo łomotało mi serce gdy słyszałam spikera zapowiadającego któregoś z Niemców, a ja miałam nadzieję, że to on zasiądzie wtedy na belce. Dziwne, bo nigdy nie sądziłam że która ze skoczni wyda mi się tak piękna jak ta w Zakopanem. A wtedy, gdy nie widziałam się z nim dwa tygodnie i jeszcze godzinę temu właśnie on jakby nigdy nic (a może jednak?) mnie przytulił. Tak zwyczajnie, a jednak tyle emocji to u mnie wywołało. I nawet sprawiło, że skocznia w Sochi była dla mnie tak piękna jak ta w Zakopanem! 
    - Boże, Ewa, kiedy ta druga seria? - jęknęłam, popijając z kubeczka łyk herbaty, teraz dla odmiany malinowej, a nie takiej mdłej, zupełnie bez smaku. Serce mi łomotało. Dopiero kiedy zauważyłam go niespełna godzinę temu w wiosce skoczków, kiedy przytulił mnie, a ja nie wiedziałam co zrobić, tylko miałam wrażenie że stracę z wrażenia przytomność, zdałam sobie sprawę z tego, że byłam  beznadziejnie zakochana. To śmieszne, że przez dwa tygodnie można w kimś zakochać się tak mocno. Przynajmniej mi się tak wydawało, że byłam w nim zakochana jak nikt inny w kimkolwiek. Może to nazywali pierwszą miłością?
    - Powinna rozpocząć się za... - zerknęła tylko pospiesznie na zegarek. - Za siedem minut. Wytrzymasz bez patrzenia na swojego Andiego?
Zachichotała i dźgnęła mnie łokciem. Wypiłam herbatę do końca i dopchałam się do jakiegoś śmietnika, aby wyrzucić kubeczek. Nogi miałam jak z waty, a w głowie dudniła głośna muzyka i głos rosyjskiego spikera. Wróciłam szybko do Ewy, czując, jak słabiej mi się robi. W sumie to nigdy nie nadawałam się na takie imprezy. Zbyt duży huk, zbyt dużo ludzi - to nie działało na mnie jak leki uspokajające, a wręcz przeciwnie, zamiast uspokoić się tylko, to od razu chciałam zemdleć. Dowlokłam się do Ewci, po czym odetchnęłam głęboko.
    - Kofler dziś dobrze skacze - powiedziałam tylko, po czym schowałam twarz w rękawiczkach, próbując ogrzać zmarznięte policzki. Zakręciło mi się w głowie, więc oparłam łokcie o barierkę. Ewa spojrzała na mnie tylko.
    - Ty już lepiej nic nie mów, bo zdechniesz za chwilę. - westchnęła. - Wracamy do hotelu?
    - No coś ty! - oburzyłam się nagle, po czym rzuciłam morderczy wzrok w jej stronę. Jak ona śmie w ogóle mi dawać taką propozycję? Andreas, Andi, Wellinger, Wellingerątko, Andre, mój Andi, moje kochanie (dobrze Milka, wystarczy) ma szansę na podium, bo w końcu jako piąty i to z taką formą może w drugiej serii wyczarować cuda, a ona mi tutaj o hotelu mówi? - Chyba cię coś...
Postukałam się w głowę, na co Ewa udała żartobliwie obrażoną przez chwilę, ale później postanowiłyśmy pójść po kolejną herbatę. Ewkę nawet zaczepiła jakaś fanka, góra trzynastoletnia, więc nie powinna być taka głupia, ale spytała się, kiedy 'odczepi się od Kamila', a kiedy ja się tylko śmiałam, nazwała mnie 'tanią lampucerą'. Wkróce jednak ją zgarnął tatuś, który namiętnie zaczął przepraszać nas za jego córkę, więc wybaczyłyśmy mu i jego niezbyt ogarniętej córeczce. Wzięłyśmy z automatu herbatę, po czym z powrotem wróciłyśmy na miejsca. Miałam wrażenie, że za chwilę naprawdę zemdleję albo zwymiotuję, bo nigdy nie byłam przyzwyczajona do takich głośnych imprez, mimo, że powinnam, ale wtedy te wszytkie emocje, które się we mnie tliły sprawiały, że czułam się jeszcze gorzej.
    - Hofer, kurde, zarządzaj krótsze przerwy - szepnęłam, po czym wbiłam tępo wzrok w skocznię.




    - Ewa... EWA! EWA! KURNA EWA, GEIGER SKACZE! - próbowałam przekrzyczeć głośną muzykę i spikera. Mdłości i zawroty głowy sprzed kilkudziesięciu minut zdawały się już zniknąć na dobre. Teraz w sumie już się wkręciłam w atmosferę do końca, skakałam razem z innymi kibicami, cykałam zdjęcia jak najęta, nowonarodzona. A myśl, że już za chwilę Andi usiądzie na belce, zrobi coś, co kocha, co daje mu radość, więc będzie szczęśliwy, co było dla mnie od jakiegoś czasu najważniejsze, podsycała tylko już buzujące we mnie emocje.
    - No wiem - odkrzyknęła tylko. Stałyśmy nieco dalej siebie, tylko dlatego, bo między nas wcisnął się jakiś dziennikarz. Karl skoczył na dobrą odległość w sumie, bo 101,5 metra, ale wtedy nie skupiałam się na nim. Czekałam niecierpliwie, aż spiker wymówi to imię i nazwisko. Jego imię i nazwisko, dwa słowa które działały na moje serce jak balsam. Jezu, naprawdę tak mówię? Ja oszalałam.
    Zmrużyłam oczy, po czym wbiłam wzrok gdzieś wysoko, tam, gdzie znajdowała się belka startowa. Mało co widziałam, ale modliłam się, aby wszystko było w porządku. Pewnie już kiedyś zdarzył się przypadek młodego debiutanta, który przez brak doświadczenia rozwalił się na skoczni... O nie, Amelio, co to to nie, takich myśli do siebie nie dopuszczamy. Wypuściłam powoli powietrze z płuc i kiedy usłyszałam spikera informującego o 'młodym, zadziwiającym debiutancie', serce prawie mi wyskoczyło z piersi. Gorąco mi się zrobiło, nogi znowu przybrały formę waty, a gardło wyschło zupełnie. Dopiero gdy Andreas ruszył po rozbiegu i niemiecka publiczność wydała z siebie krzyk, ja poszłam w ich ślady. Trzymałam kciuki tak mocno, że pobielały mi kłykcie; Andi odbił się mocno od progu, leciał wysoko nad bulą i zeskokiem, prowadząc narty spokojnie i w typowy dla siebie sposób, daleko od ciała. I leciał, leciał i leciał. Poczułam metaliczny smak w ustach, pięknie, Amelia, przegryzłaś sobie wargę do krwi. Jednak wtedy nie to się liczyło dla mnie najbardziej.
    Wellinger wylądował na 103 metrze, czułam, jak dreszcz ekscytacji przechodzi po moich plecach. Zdawało mi się, że zastygłam w miejscu. I dopiero gdy niemiecka publiczność poderwała się do góry, radość zaczęła mnie rozpierać. Zaczęłam skakać ze szczęścia, chciałam podbiec do niego i przytulić go z całej siły, całego serca, całej miłości (to chyba już odpowiednie słowo)! Andi odpiął narty i wziął je do ręki, po czym zerknął w oczekiwaniu na elektroniczną tabliczkę, gdzie powinna pokazać się informacja o jego lokacie. Pierwszy! Andi posłał do kamery buziaka, a gdy schodził już z zeskoku, zerknął tylko na mnie i uśmiechnął się. Nogi mi zmiękły jeszcze bardziej, chciałam tak strasznie go przytulić i wykrzyczeć mu, jak bardzo się cieszę, ale wiedziałam, że nie mogę. A on tutaj jeszcze się do mnie uśmiecha. Istna świnia!
    Niecierpliwie czekałam na skoki Bardala i Shimizu. Andersa uwielbiałam, bo niesamowicie sympatyczny był, jak z resztą inni norwedzy, ale wtedy życzyłam mu może nie fatalnego skoku, a po prostu wyniku nie tak dobrego, aby wyprzedził Andiego. Zaciskałam uparcie kciuki, aby jednak zepsuł swój skok, a gdy zobaczyłam, że skoczył o metr dalej niż Andreas, to aż mi się gorąco zrobiło. Czekałam i modliłam się, aby był drugi, więc gdy ujrzałam napis na tabliczce, odetchnęłam z ulgą. Tylko 0,4 różnicy! Andi nadal prowadził. Został tylko Shimizu, Freitag i Kofler; jeśli Japończyk zepsuje swój skok, Welli ma podium w kieszeni. Odetchnęłam głęboko, po czym zacisnęłam oczy i schowałam twarz w dłonie. Czekałam tylko na głos spikera, który ogłosi jego pozycję. Te wszystkie emocje już mnie wykańczały. Dzięki Bogu, Reruhi skoczył zaledwie na 100,5 metrów, więc nie miał jak wyprzedzić Andiego. Wolałam jednak poczekać na noty sędziów. Cholera wie, jakie dadzą mu noty. Modliłam się w duchu, aby jednak nie skończyło się to dobrze dla Japończyka, w końcu jego skok nie był aż tak dobry stylistycznie. W głowie słyszałam bicie mojego serca, mocne i szybkie. A gdy spiker tylko przysunął usta do mikrofonu, zamarłam. I odżyłam dopiero wtedy, gdy Ewa podbiegła do mnie i szarpnęła mnie entuzjastycznie za ramiona.
    - Twój Andi ma podium! - wyszczerzyła się, po czym przytuliła się do mnie mocno. Jej słowa na początku do mnie nie dotarły, ale dopiero po chwili poczułam to samo uczucie jak wtedy, po jego skoku.
    Reszta już się dla mnie nie liczyła. Czy będzie trzeci, czy drugi czy pierwszy, dla mnie i tak to będzie powód do radości. Dla niego pewnie również, no a jak. Ale wtedy byłam z niego tak dumna, że nie wiedziałam jak się nazywam nawet. Liczył się tylko on, jego pierwsze podium w karierze. Nie patrzyłam już, ile skoczył Freitag czy Kofi, wywnioskowałam to wszystko tylko po ich minach po ich próbach. A wygraną Koflera rozpoznałam po tym, gdy uniósł narty do góry, wydał z siebie okrzyk zwycięstwa i pocałował swoje narty. A niech mu się wiedzie, a co!  I tak wtedy najbardziej cieszyło mnie to, że Welli ma podium. Trzecie miejsce, podium już dwa tygodnie po debiucie w Pucharze Świata. Uśmiech przykleił się na moje usta, kiedy wspomniałam chwilę na treningu w Lillehammer, kiedy go poznałam. Naiwne i głupie, że wtedy pomyślałam o tamtej a nie innej chwili. Ewa powiedziała, że lepiej byłoby, gdybyśmy już się zebrały, ale ja chciałam zostać na koronacji. Umówiłyśmy się, że ona wróci do hotelu, a ja zostanę i wrócę z chłopakami, więc ostatecznie zostałam tylko ja i grono dziennikarzy, reporterów, fotografów. Pogratulowałam Koflerowi, uścisnęliśmy się krótko i zaczęłam poszukiwać Andiego wzrokiem.
    Dopiero gdy rozpoczęła się koronacja i wywołano jego nazwiska, zauważyłam go ponownie. Szeroki uśmiech widniał na jego ustach, machał do publiczności i reporterów, wchodząc na najniższy schodek podium. Wkrótce wywołano również Freitaga i Koflera oraz rozdano statuetki i kwiaty. Byłam wpatrzona w Andreasa z taką dumą, że aż poczułam się dziwnie. Widok przed oczami mi się na sekundę rozmazał i poczułam w końcu, jak oczy mi się załzawiły. Amelia, ty naprawdę będziesz płakać? Z takiej głupoty? Dla innych to głupie, ale dla zakochanej dziewczyny jego szczęście jest najważniejsze. Zasłoniłam usta dłonią, po czym zamrugałam kilka razy oczami, aby pozbyć się łez.
    I dopiero kiedy zrobiono im już wspólne zdjęcie, gdy cała trójka zeszła już z podium, stało się coś, o czym marzyłam potajemnie od chwili gdy go poznałam.
    Andi podbiegł do mnie, rzucając przedtem gdzie na bok narty, po czym, gdy dzieliły nas zaledwie centymetry, szepnął tylko: "Zawsze chciałem to zrobić" i ujął mocno moją twarz w dłonie, zaglądając mi głęboko w oczy. I chwilę później już jego usta spoczęły na moich wargach, sprawiając, że zupełnie zastygłam w miejscu. Usta Andreasa smakowały słodko, jakby mieszanka wanilii i malin, chciałam je smakować wiecznie; jego aksamitne wargi były idealnie dobrane do moich. Wplątałam moje drżące palce w jego włosy, po czym poczułam, jak ciepło mi się robi na sercu. Pierwszy raz w życiu czułam się tak niesamowicie, jakbym umiała latać ze szczęścia. Przysunęłam go blisko do siebie, tak, że czułam na klatce piersiowej jego szybkie bicie serca. Zakręciło mi się w głowie, gdy oderwał się ode mnie i spojrzał raz jeszcze w oczy.
    - Nie wiem jeszcze, co do ciebie czuję- powiedział tylko cicho, po czym raz jeszcze musnął moje usta wargami. - Ale wiem, że na pewno coś innego, niż myślałem.
Zarzuciłam mu ręce na szyję, lustrując szczegółowo jego perfekcyjną twarz.
    - Ja chyba czuję to samo, wiesz? - uniosłam kąciki ust do góry, po czym wyciągnęłam z kieszeni kurtki małą karteczkę, którą już dawno miałam mu dać. Zabawne, że dopiero teraz daję mu swój numer telefonu. Wsunęłam ją do kieszeni jego kurtki, po czym wtuliłam twarz w jego szyję. Pachniał niesamowicie. Poczułam, jak jego ramiona otaczają mnie i przytulają do siebie mocno i stanowczo. Tamta chwila była niesamowita. Gdy odsunął się ode mnie, zaciągnęłam sie ostatni raz jego wyjątkowym zapachem i pocałowałam go w policzek. Odszedł szybko, ponieważ wołał go trener, ale ja nadal wodziłam wzrokiem za jego sylwetką, dopóki nie pomachał mi ostatecznie i potruchtał szybko do busu reprezentacji Niemiec.
    No, Milka, wszystko się wywróciło do góry nogami na serio.

                                                                                                                                                                                                                                             
    Czekałam na telefon, sms, cokolwiek od Andiego cały czas, który spędziłam jeszcze w Sochi. I nic.
    Wyjechałam więc z Rosji nieco zawiedziona, aczkolwiek nadal beznadziejnie zauroczona. Zastanawiałam się tylko, czemu byłam taką idiotką i nie powiedziałam mu kocham cię? W końcu doszłam do wniosku, że już naprawdę go kocham, tak jak kocha się chłopaka, przyszłego męża, kogoś z kim chcesz spędzić przyszłość, ale nieee, ja musiałam się rumienić jak burak i tylko go przytulać. Chociaż z drugiej strony, skoro podbiegł do mnie i mnie pocałował, to chyba coś jest na rzeczy? Chyba, że Niemcy tak okazują koleżankom sympatię. Też miłe rozwiązanie, ale niestety, wtedy nie.
    - Kamiiiiiś... - jęknęłam do telefonu, zakrywając usta i słuchawkę na tyle, by reszta nie słyszała naszej rozmowy. - Ja naprawdę wpadłam w paranoję...
    - Wiesz, że pokazywali koronację w telewizji? - gorąco mi się zrobiło. Czyli nas prawdopodobnie było widać, tak? Fajnie! Super, rodzice, znajomi, szkoła, nauczyciele, wszyscy to widzieli, jak ich córka, koleżanka, uczennica całuje się z niemieckim skoczkiem narciarskim. - I wiesz, bardzo ładnie się do niego uśmiechałaś...
Wyobraziłam sobie minę Kamila. Pewnie unosił teraz brwi do góry z uśmieszkiem na ustach, a gdy się rozłączy będzie chichotał i śmiał się z tego, jak bardzo głupią ma młodszą siostrę.
    - Boże, Kamil? Masz schizofrenię? To nie ja byłam... Ale... Ale... To nie ja byłam, nie? To on do mnie podbiegł... I... - głos mi się załamał, kiedy się zorientowałam że zaczynam mówić bez sensu. - Eee wiesz, muszę kończyć...
    - No przecież widziałem, że to ty, i nie klej głupa. Cieszysz się pewnie, nie? - zaśmiał się do telefonu - Bardzo ładnie razem wyglądaliście! Spodziewaj się hejtów od jego fanek.
    - Ja... Ja chyba naprawdę się w nim zakochałam - mruknęłam tępo, patrząc przez szybę autokaru. - Tak bardzo mocno. Wiesz, tak jak ty w Ewie, czy coś...
    - Zaplanuję wam podróż poślubną - powiedział ze śmiechem.
    - Mhm... Dobra, tak... Czekaj co? Kamil, głupku!
Zaśmiał się do telefonu po raz kolejny. W tle usłyszałam głos Piotrka, więc pewnie albo siedzieli w pokoju, albo szli na trening. Albowiem Kamilątko i Piter trenowali gdzieś, by złapać formę. Choć pewnie i tak bardziej leżeli w saunie i grzali tyłki o ciepłe łóżeczka, niż łapali tą swoją formę.
    - Dobra, ja spadam już. Kocham cię, Amelka!
    - Ja ciebie też, Starszy Bracie!
I rozłączył się. Ewa, która siedziała obok mnie, a właściwie smacznie spała, padła właśnie ofiarą Dawida i Krzyśka, którzy dorysowali jej wąsy. Śmiem wątpić, iż oni kiedykolwiek dorosną. Szkoda tylko, że mi się nie udzielił ich humor, bo stałam się zamiast tego tak śpiąca, że miałam ochotę zasnąć z głową opartą o szybę (czym naraziłabym się na wąsaty gniew Kubackiego i Miętusa). Wsadziłam więc tylko do uszu słuchawki, posłuchałam muzyki i wzięłam się za robienie moim iPhonem zdjęć naszym chłopakom. Uhhuhu, zapowiada się fangirling od strony dziesięcioletnich fanek skoków (może bardziej skoczków?). Nagle, gdy miałam świetne ujęcie na Maćka ciągnącego się za policzki z Krzyśkiem, mój telefon dał o sobie znać pod względem przychodzącego smsa. Sprawdziłam szybko, czy to jakiś znany numer czy też nie i poczułam rozrywającą radość, kiedy przeczytałam te słowa, które wywołały u mnie dosłownie palpitację serca:
    "Już wiem. :) I na pewno zapamiętam to dzisiaj po koronacji. Za tydzień to samo? ;) -Andi"
    Szybko zasłoniłam ekranik iPhone'a, po czym wystukałam drżącymi palcami:
    "Może tak co tydzień?"
I kliknęłam szybko wyślij. Serce mi łomotało. Milka, ty naprawdę to wysłałaś? Zrobiłaś to? Ty idiotko, skończona debilko... Patrz, i teraz nie odpisuje przez minutę. A ostatnio odpisał prawie że od razu, a teraz... Coś ty narobiiiiłaa!
    "Chciałbym tak codziennie, rano i wieczorem, całą dobę. Ich liebe dich :)"
Wytrzeszczyłam oczy. Poczułam, jak ciepło mi się robi na sercu, ale aby nie dać nikomu z otoczenia dać coś znać, uśmiechnęłam się tylko sama do siebie i schowałam pośpiesznie telefon do kieszeni bluzy.
    Ich liebe dich.
    Ich liebe dich auch
.

A/N:  CUKIER POWER! Przepraszam Was, ale kompletnie straciłam wenę i nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. Wiedziałam tylko,  że ma być cukier w postaci pocałunku i później już nie wiedziałam w sumie, a na nieco hmm 'dramatu' mam trochę pomysłów, ale nie wiem jak je zrealizować. ;d a wy jaki 'dramat' chcielibyście tu zobaczyc, żeby troche podkrecic atmosferke? ;)
Mam nadzieje, ze zyjecie i nie macie odruchu wymiotnego od tego przecukrzonego rozdzialu :c <3
Obiecuję, że w czwartek dam z siebie wszystko by dodac cos mniej cukierkowego.

Pozdrawiam! :***

czwartek, 31 stycznia 2013

Rozdział 3. "Chciałem jej dać aluzję, że jest coś na rzeczy"

    Z Andreasem nie widziałam się długie, mordercze dwa tygodnie. Widziałam go jedynie w telewizji. Przyznaję się, że bardziej czekałam w weekend na jego skok niż na Kamila czy Maćka. Z wypiekami na twarzy zaciskałam za niego kciuki, aby oddał jak najdłuższy i najładniejszy stylistycznie skok. Pogodziłam się już chyba z tym, że właśnie przechodzę przez swoją pierwszą, prawdziwą miłość... Dobrze, ujmijmy że było to zakochanie a nie miłość. Nie sądziłam, że tak szybko można się do kogoś przywiązać w tym stopniu i że wtedy myśli się o tej osobie tak często, że nie znajdujesz chwili kiedy jego twarz nie tkwi przed twoimi oczami.
    Ekhem... Nie wyjaśniłam wam chyba, dlaczego nie widziałam się z nim tak długo - mama doszławszy do wniosku, że przecież mam szkołę i nie będę tak się rozleniwiała na całym świecie, sprowadziła mnie na ziemię ze snucia planów o fotografowaniu wszelakich skoczni i skoczków i kazała zostać w domu na Kuusamo. A moje weekendowe wypady do pokoju Maćka? A rozmowy z Wellim przez taras (mam świadomość, że w Kuusamo nie trafilibyśmy już na nasze tarasy naprzeciwko siebie, ale cii)? Zamiast tego, cały tydzień spędziłam na nauce. Druga klasa liceum zobowiązuje, mówi tata. W dodatku od początku liceum zaczęłam uczęszczać na profesjonalne zajęcia z fotografowania i w dodatku miałam treningi w klubie pływackim pod okiem trenera. Zbliżały się Mistrzostwa Polski... Znaczy, miały się odbyć dopiero w czerwcu, ale tak się przejęłam, że postanowiłam się spiąć i zacząć się przygotowywać do Mitrzostw. W tym wszystkim nie znalazłam nawet czasu, aby spytać się Kamila jak było w Kuusamo. Jak atmosfera i tak dalej. Nie zauważyłam nawet, że wrócił do domu. Smutne.
    - Amelia, ja naprawdę cię kocham, siostrzyczko, ale jeśli dalej będziesz grzebała w mojej walizce i będziesz się bawiła moim telefonem, to pożałujesz... - wyrzucił Kamil, wpadając do mojego pokoju i wlepiając wzrok w jego Sony Ericsson'a, który trzymałam w rękach. Uporczywie przeszukiwałam jego kontakty. Nie, nie byłam stalkerem! O co wy mnie osądzacie? A hmpf.
    - Kamil, błagam cię - pokazałam mu ekran jego telefonu. Serce mi trzepotało tak mocno, że prawie że wypadło mi z piersi. - Zadzwoń do Richiego i poproś go o numer do Andiego, proszę, ja muszę do niego zadzwonić, no błagam no...
    - Czekaj czekaj, co, do kogo i po jakiego grzyba? - usiadł koło mnie na łóżku i wyjął mi telefon z ręki. Zaczął coś przeglądać na swojej komórce.
    - Ano... Bo... Bo ja... - poczułam rumieniec na moich policzkach. Schowałam twarz w poduszkę. - Bo muszę się z nim skontaktować, tak...
    - Z Freitagiem?
Irytacja zaczęła we mnie buzować. Czy on mnie w ogóle słucha? No dzięki, Kamil, pomagasz mi i to bardzo.
    - Z Wellingerem, kurna! - przeklęłam głośno histerycznym tonem, do czego nie miałam zwykle tendencji, ale wtedy działałam pod takim impulsem, że nie wiedziałam czy naprawdę poprosić Kamila o ten numer do Andiego czy nie. W końcu mogłam albo wyjść na idiotkę, albo zdobyć numer kogoś, na kim mi cholernie zależy. Ale problemy, łał.
    Król Milkolandi Kamil Wiktorr Pierwszy spojrzał na mnie z politowaniem. Popchnął mnie łokciem, po czym uniósł kąciki ust do góry.
    - Amelka się zakochała... - zachichotał. Klepnęłam go w ramię, po czym upadłam na plecy. Wypuściłam całe powietrze z płuc, po czym wlepiłam tępo wzrok w sufit.
    - No... Chyba... - wydukałam.
Kamil położył się obok mnie, po czym połaskotał mnie po brzuchu i żebrach. Właśnie za to uwielbiałam tego idiotę, mojego najukochańszego brata. Za to, że mógł mnie rozśmieszyć i poprawić mi humor zawsze i wszędzie.
    - Nie będziesz musiała prosić nikogo o jego numer - powiedział z uśmiechem, siadając na łóżku. - Bo sama tam pojedziesz. Ja co prawda nie jadę, ale namówię Ewkę i rodziców. Dobra?
Uniosłam mimowolnie kąciki ust do góry, po czym uśmiechnęłam się szerzej.
    - Dzięki, Kamil.
    - Nie ma za co - odparł tylko, wstając z materaca. Omiótł wzrokiem swój pokój, jak zwykle uporządkowany, bo w końcu znajdowały się tutaj resztki jego rzeczy, których nie chciało mu się brać do jego domu z Ewą.  - A teraz zabieram moją młodszą siostrzyczkę na ciasto wiśniowe. Pasuje?
    - Przecież mam korepetycje z chemii...
    - Trudno, idziemy na ciacho - pociągnął mnie za rękę, po czym pościgaliśmy się po schodach, kto szybciej zbiegnie na dół.
    Tak, byliśmy zgranym rodzeństwem. Ja, Amelia Justyna i on, Kamil Witkorr Stoch.


                                                   ~*~

     W Sochi byliśmy w piątek o pierwszej nad ranem. Było ciemno, zimno i wietrznie, a ja byłam niewyspana (nigdy przenigdy nie siedzę w samolocie obok któregoś z norwegów, a zwłaszcza obok Toma. Zabijcie mnie, jeśli znowu to zrobię!) i rozdrażniona. Na wariackich papierach pakowałam się, jeszcze musiałam zadzwonić do pani Julii, że korki nie pasują mi dzisiaj i wszystko było tak nieuporządkowane, że nic nie ogarnęłam.
    Wygramoliłam się z samolotu praktycznie nieprzytomna. Maciej śmiał się, że wyglądam jak pijaczyna, ale mało mnie to wtedy śmieszyło. Najchętniej zasnęłabym wtedy na terminalu. Odebraliśmy bagaże, po czym wsiedliśmy do autokaru, który miał zawieźć nas pod hotel. Kiedy tylko usiadłam wygodnie w miękkim fotelu, z Krzysiem u mojego boku, który nie chciał mi dorysowywać wąsów markerem (w przeciwieństwie do Toma, no ale po dwóch latach koleżeństwa mogłam się tego domyślić), natychmiast zasnęłam. Miętus poinformował mnie, że wcale nie chrapię tak,jak skarży się Maciej, co mnie ucieszyło, bo wreszcie ktoś stanął po mojej stronie w tej odwiecznej kłótni. Dzięki Bogu, Kamilowi udało się namówić do wyjazdu Ewę - nareszcie będziemy mogły zrobić sobie sesję wśród rosyjskiego śniegu. Wtedy jednak zamiast z zapałem jeszcze pędzić za nią z aparatem, wpadłam na nią półprzytomnie i przeprosiłam cicho, na co zaśmiała się i odprowadziła mnie do pokoju, ktory dzieliłyśmy razem. Nie wiedziałam nawet, jakiej jest wielkości i co się w nim znajduje. Moje oczy znalazły tylko jeden element: miękkie, jednoosobowe łóżko, posłane ciepłą kołdrą. Przebrawszy się tylko w stary dres Kamila, wskoczyłam pod pościel, po czym natychmiast odpłynęłam.
    Na szczęście dla mnie, na dłuuugi czas. Obudziłam się dopiero o jedenastej, bite dziesięć godzin snu, bez rechoczącej mieszanki Polaków i Norwegów obok mnie. Zamiast tego na drugim łóżku, jakiś metr-dwa ode mnie, siedziała Ewa i przeglądała japońskiego Vogue'a. Spojrzała w moją stronę, kiedy podparłam głowę i wbiłam tępo wzrok w śnieg za oknem.
    Ewa uśmiechnęła się szeroko.
    - No no, Amelia, to dzisiaj nas czeka małe zwiedzanko! - zażartowała, odwracając się twarzą do mnie  i popijając łyk kawy z kubka w żółto-fioletowe groszki.
    - Bardzo chętnie - ziewnęłam - Tylko muszę się z kimś jeszcze spotkać.
To wszystko było zbyt piękne i normalne, aby było prawdziwe. Gdzieś musiał być haczyk w tym wyjeździe. Przecież gdyby nie on, zostałabym w Polsce i ślęczała nad książkami na zmianę z treningami na basenie. Gdzieś miałam w tym wyjeździe ukryty cel.
    Niemcy nocowali w innym hotelu, nieco dalej położonym od naszego, więc postanowiłam się pomęczyć i spotkać z Andreasem dopiero jutro. Cholera wie, czy on w ogóle pamięta, kim jestem. (dobra Amelia, nie myśl tak, bo przed chwilą cię zakuło serduszko.) Mimo ogromnej chęci spojrzenia w jego tęczówki i usłyszenia jego melodyjnego głosu, postanowiłam razem z Ewą zrobić sobie dzisiaj zupełnie kobiecy dzień. Zero skoków, zero poczucia, że jesteśmy tutaj właśnie dlatego. Po prostu urządzamy sobie wycieczkę do Rosji.
    A w niedzielę byłam chyba zupełnie inną osobą. Uśmiechnięta, rozweselona, w sumie normalna, tyle, że zupełnie zapomniałam już o Wellingerze. Nadal słysząc jego nazwiska podrywałam głowę do góry, moje serce reagowało palpitacją na jakąkolwiek nowinkę o nim. Obiecałam sobie jednak, że ja, młodsza Stochówna nie będę popadała w paranoję i utrzymam brak kontaktów do któregoś z konkursu. Wypadło na ten niedzielny.
    W kwalifikacjach Andi był 41., ale jako że w Lillehammer świetnym występem zapewnił sobie miejsce w pierwszej 10. klasyfikacji generalnej, a w Kuusamo ją tylko podbudował, nie musiał się kwalifikować. Przyznaję, że ciągnęło mnie, aby pójść na skocznię na trening i się z nim spotkać. Ewa przypomniała mi, że skoro nie chcę wrócić do poprzedniego stanu, muszę jeszcze się trochę pomęczyć. Obiecała mi, że razem pójdziemy na konkurs. Nie chciałam po sobie tego pokazać, ale odliczałam minuty do początku pierwszej serii, abym mogła tylko go zobaczyć choćby na wyciągu (problemy zakochanych nastolatek górą).
    Nagle z totalnej sielanki, zajadania się zamówioną przez Ewę pizzą, przeglądania wspólnie japońskiego Vogue'a i godziny trzynastej zrobiła się godzina piętnasta. Do konkursu została niecała godzina, a ja nadal byłam przyklejona do wygodnych krzeseł w kuchni w hotelu, nieogarnięta i w wyciągniętej piżamie. Przyszykowanie się zajęło mi góra dziesięć minut, bo główną motywacją do pośpiechu był fakt, że już niedługo będę miała szansę zobaczyć się z nim. Koślawo zaplotłam warkocza, po czym wsunęłam na nogi buty, zawiązałam je i szybko założyłam kurtkę. Ewa czekała na mnie gotowa już przed hotelem, nawet zamówiła taksówkę, która też czekała na mnie (ja, czekam na nią, ona tu jest, i stroi się dla mnieee?) razem z panią Stoch.
    - No, to już za chwilę się z nim zobaczysz - rzuciła Ewa, puszczając do mnie oczko. Burknęłam coś pod nosem, strzepując pojedyncze płatki śniegu z włosów.
    - Nawet nie wiem, czy mnie pamięta.
    - Oj pamięta, ty już nie udawaj głupiej - uśmiechnęła się. - Sama mi mówiłaś, że się nawet pytał o Maćka. Jest zazdrosny, a nie byłby taki o byle kogo, prawda?
Zastanowiłam się nad słowami Ewki, po czym wlepiłam wzrok w śnieg za oknem. Tak, Ewciu, na pewno każdy 17 latek, w dodatku sławny w swoim kraju i wkrótce na całym świecie, po dwóch tygodniach imprez wśród sportowej śmietanki i ślicznych dziewczyn będzie pamiętał o siostrze jednego ze swoich rywali. Poczułam, jak mnie coś kłuje tam w środku. O, moja fobia dała o sobie znać. A jak zostaniesz kiedyś sama, Amelia?
    Droga na skocznię nie zajęła nam dużo czasu, góra dwadzieścia minut. Wyglądała pięknie w jaskrawym, białym śniegu, który nadal prószył delikatnie i okrywał trybuny i okolicę w jeszcze grubszej warstwie śniegu. Kibice wokół rozmawiali, rozkładali flagi, tworzyli barwny szum. Razem z Ewą miałyśmy wstęp do sektora dla sponsorów tuż przed zeskokiem, jednak postanowiłyśmy się przejść po wiosce skoczków i ewentualnie przywitać się z naszymi Połlendowymi bohaterami. Fajne uczucie, tak chodzić po rosyjskim śniegu i patrzeć na skupionych czy też zupełnie roźluźnionych i żartujących zawodników. Ewka wpadła na chwilę do naszych aby spytać, jak im się wiedzie i czy skoki dzisiaj będą dalekie, ale ja zostałam na dworze. Po prostu musiałam cyknąć zdjęcie Muffiemu i jego synkowi, który trzymał w rączce małą flagę z napisem 'Heia Papa!' i ewentualnie nagrać Morgiego, który grał z Gregorem w siatkówkę za pomocą głowy i trafiając nie chcąco w Pointnera.
    Długo moje serduszko nie zachowało spokoju, ponieważ moje uszy dosięgnął melodyjny, charakterystyczny głos. Jego głos, najpiękniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałam w życiu. Uniosłam wzrok znad aparatu i poczułam, jak gardło mi zasycha, a na policzki wstępuje rumieniec. Andreas odwrócił się w moją stronę, przypatrywał mi się chwilę i lustrował mnie swoimi niebieskimi tęczówkami, aż w końcu uśmiechnął się do mnie tak jak dwa tygodnie temu. Serce zaczęło mi znowu łomotać, gdy uniosłam kąciki ust w odpowiedzi i zwróciłam swoją uwagę na moje beżowe buty. Jest tutaj i pamięta o tobie. Pamięta, kim jesteś.
    Usłyszałam, jak śnieg skrzypi w wyniku kroków, które stawiał. Wiedziałam, że idzie w moją stronę i że za chwilę znowu będę mogła zaciągnąć się jego zapachem, musnąć rękaw swojej kurtki o jego i uśmiechnąć się pod wpływem jego słów.
    - Cześć - jego głos zabrzmiał w mojej głowie, odbijając się w niej echem i działając na moje stęsknione, naiwne serduszko jak balsam. Uniosłam wzrok i przeskanowałam jego twarz. Był coraz bardziej perfekcyjny z każdym dniem, którym go nie widziałam. Zajrzałam w jego niebieskie, głębokie tęczówki i uśmiechnęłam się nieśmiało.
    - Cześć.
    Andi strzepnął śmieg z mojego ramienia, tak jak ja zrobiłam wtedy po treningu w Lillehammer. Pewnie zrobił to odruchowo, tak sobie, jako zwykły gest. A może jednak pamiętał, jak śmialiśmy się przed hotelem Polaków i jak otrzepałam jego kurtkę z białego puchu?
    - Jesteś tutaj z bratem? - spytał.
Zatopiłam się całkowicie w jego oczach. Głos stanął mi kołkiem w gardle, otworzyłam usta, jakbym chciała coś powiedzieć, ale nie mogłam wydusić z siebie żadnego słowa ani dźwięku. Jego oczy były czymś magicznym. Odbijało się w nich światło słoneczne, które wydzierało się zza chmur. Ich kolor nie można było określić jako po prostu niebieski. W pewnym miejscu prześwitywał morski, w innym błękitny, a jego źrenice otaczał granat. Widziałam w nich tą iskierkę, którą widzi się u ludzi ciekawych świata i nie dającym sobie w kaszę dmuchać.
Fascynowały mnie bardziej niż cokolwiek innego.
    - Nie - odparłam szybko, gdy zdałam sobie sprawę że zamyśliłam się na dość długą chwilę.
    - Jesteś tutaj sama? - jego głos nabrał bardziej opiekuńczej barwy. Gorąco mi się zrobiło w chwili, gdy dokładnie przeanalizowałam jego słowa. Troszczy się o mnie. Martwi się. Nie chce, żebym była sama w nieznanym mi miejscu. Czy tego właśnie nie szukałam w kimś, kto miałby być najważniejszą dla mnie osobą w życiu?
    - Żona Kamila ze mną przyjechała - uśmiechnęłam się szeroko, tak, abym nie dała po sobie poznać, że coś jest nie tak. Chciałam wypaść przed nim jak najlepiej, chciałam, aby spostrzegał mnie jako normalną dziewczynę. I aby nie domyślał się, że powoli się w nim zakochuję.

Perspektywa Andreasa
   
    Amelia miała piękny uśmiech. Zauważyłem to już tamtego weekendu, w Lillehammer, ale dopiero teraz miałem okazję przyjrzeć się jej dokładniej. Jej usta pachniały waniliowym błyszczykiem, a na jej i tak już idealnie prostych, białych zębach zamontowany miała aparat. Dodawał jej bardzo dużo uroku.
    - To dobrze - powiedziałem głosem cichszym, niż miałem zamiar. Patrzyłem, jak na twarz Amelki powoli wstępuje malinowy rumieniec. Spuściła wzrok nieśmiało, po czym potarła dłońmi, aby się ogrzać.
Zauważyłem w ciągu tych kilku minut, że Amelia zachowuje się dziwnie. Za mocno powiedziane, zachowywała się inaczej niż wcześniej, w Lillehammer. Była bardziej nieśmiała i częściej zdawała się być zamyślona. Nie wiem, czym było to spowodowane, ale coś mnie w tej dziewczynie intrygowało. Była taka otwarta i wesoła wtedy wieczorem. Rozmawialiśmy tak swobodnie, jakbyśmy znali się co najmniej rok. Nie byłem do końca pewien, co do niej czułem. Na pewno było za wcześnie, aby powiedzieć, że jestem zauroczony albo zakochany, ale miałem wrażenie, że jak sytuacja będzie się tak dłużej malowała, to szybciej czy później tak właśnie skończę.
    - Będę dzisiaj trzymała za ciebie kciuki... - wyjąkała nieśmiało, po czym odgarnęła warkocz do tyłu. - Ten sam sektor, co wcześniej.
Ostatnie słowa wypowiedziała już pewniej, z tym samym uśmiechem na ustach, co dwa tygodnie temu, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy; znowu dawała wrażenie optymistycznie nastawionej, pewnej siebie dziewczyny. Taka mnie zaintrygowała w Lillehammer.
    - Widzimy się po konkursie - uśmiechnąłem się do niej, po czym, nieco niepewnie, objąłem ją i uścisnąłem w niejednoznacznym geście. Nie wiedziałem, czy robię to po koleżeńsku, tak jak robiłem gdy widziałem się z moimi siostrami, czy tak, jak reagowałem na widok moich wcześniejszych dziewczyn. Chciałem jej dać aluzję, że jest coś na rzeczy.
   
Perspektywa Milki
    Przytulił mnie.
    Chciałam, żeby ta chwila trwała wiecznie. Zaciągnęłam się mocno zapachem jego perfum, na tyle intensywnie, że zakręciło mi się w głowie. Chciałam wtulić twarz w jego szyję, przytulić go, ale z jednej strony wiedziałam, że tak raczej nie wypada się od razu rzucać komuś w ramiona, a z drugiej mnie zwyczajnie zamurowało. Jego silne ramiona obejmowały mnie szczelnie, czułam się jeszcze drobniejsza i delikatniejsza w jego objęciach. Wzięłam głęboki oddech, gdy odsunął się ode mnie.
Spojrzałam na niego z nikłym uśmiechem na ustach, po czym poprawiłam sobie czapkę.
    - No to widzimy się wieczorem.
Pomachałam mu, po czym szybko podbiegłam do domku polaków. Ewa już czekała na mnie przed drzwiami pomieszczenia, przeglądając coś na aparacie. Gdy usłyszała mój szybki oddech (cóż, Milka, bieganie w środku zimy nie jest dla ciebie), podniosła głowę i uniosła brwi.
    - Co tak długo się kręciłaś? Już za niecałe dziesięć minut się zaczyna.
    - Chodźmy - sapnęłam tylko, po czym popędziłam w stronę wyciągu.


                                               ~*~

    W sektorze dla sponsorów znalazłyśmy się jakieś trzy, cztery minuty przed rozpoczęciem konkursu. Ewa załatwiła nam jeszcze termos z gorącą herbatą, żebyśmy miały czym się ogrzać przez te dwie godziny. Oparłam się spokojnie i barierkę, trzymając aparat w dłoniach i przeglądając ostatnio zrobione zdjęcia. To Maciek w okularach przeciwsłonecznych Ewki, to ja robiąca aniołka na placu, puste kubeczki po kawie ze Starbucksa...
    - Milka, już się zaczyna - uświadomiła mnie Ewa, gdy z głośników zabrzmiał głos spikera.
    - Wiem - wyszczerzyłam się jak idiotka, po czym uniosłam wzrok na skocznię. Postanowiłam pstryknąć jej jedno zdjęcie i obiecałam sobie, że przed każdym konkursem będę robiła jedno, symboliczne zdjątko, przedstawiające obiekt tuż przed skokiem pierwszego zawodnika. A nuż zbierze się z tego jakiś mały albumik!
    Pociągnęłam z kubeczka łyk herbaty, po czym uniosłam flagę Polski, którą razem z Ewką przywlokłyśmy tutaj, do Sochi. Komentator zapowiedział pierwszego skoczka, a trybuny wypełniły się głośnym krzykiem kibiców. Taki widok chciałam widzieć co weekend. Atmosfera na trybunach była nieporównywalna do tej w telewizji. Na żywo to wszystko odczuwałaś razem z tymi tysiącami ludzi wokół, nieważne, czy kibicujesz tej samej czy innej drużynie czy skoczkowi, ważne, że wszyscy kochacie ten sam, jeden sport.
    Zaparło mi dech w piersiach, kiedy pierwszy zawodnik wylądował i pomachał do kamer. Nie miałam nawet ochoty złapać za aparat. Chciałam jedynie rozkoszować się chwilą, widokiem tych wszystkich flag uniesionych w górę, patrzeć na śnieg, który opadał na drzewa wokół. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że to jest to, co kocham nawet i tak mocno, jak pływanie i fotografię.
    Skoki narciarskie to zdecydowanie moja nowa miłość.

A/N: Miało nie być cukru, a i tak jest. Buu, ja i moja umiejętność do pisania zanika :P Milka zupełnie straciła głowę, Andi nadal ją ma, Milka boi się samotności, a Wellinger nie chce do tego dopuścić. A przynajmniej się stara. Co z tego wyniknie, to się dowiecie już w czwartej części :D Ale ok, nie będę mącić bez sensu. Na początku w ogóle mi się nic nie kleiło ze sobą, jak zaczęłam pisać ten rozdział, ale coś jest :P

CZYTASZ? = KOMENTARZ!

Pozdrawiam :**

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Rozdział 2. "Wtedy nawet zwykła gorąca czekolada smakowała lepiej"

    Maraton zaczął się nawet i trochę wcześniej. Dokładnie to o około pół godziny. Nie miałam zbytnio czasu, aby ogarnąć się po moim kilkusekundowym wypadzie do sklepiku, ale ostatecznie zdążyłam przywołać się do porządku i przygotować do nieco wcześniej rozpoczynającego się maratonu. Trener Kruczek nie byłby pewnie zadowolony z tego, jak rozpijam (oczywiście gorącą czekoladą) jego podopiecznego, no ale niestety. Maciejka postanowiła się zbuntować. Dlatego też wymsknęła się szybko do mojego pokoju, jednocześnie uderzając się o klamkę, no ale, nie zawsze Kot taki zwinny i giętki, i tak też zaczęła się impreza... Tak jakby, bo obok nas mieszkał sobie Kamil z Krzyśkiem i pewnie nie byłby zadowolony z dubstepu czy też brytyjskich boysbandów lub Lany del Rey wyjącej zza ściany.
    - Chcesz frytki czy popcorn? - przywitałam Kota lakonicznym pytaniem, które i tak analizował chwilę. Jego poziom inteligencji po kilkugodzinnym locie samolotem chyba obniżał się drastycznie.
    - Popcorn - odparł - Maślany.
    - No jasne, skąd ja ci myślisz wezmę maślany? Nie rozczytałam się z tych norweskich bazgrołków.
    - A obrazków nie było? Masła nie widziałaś? - zaśmiał się, omiatając mój pokoik wzrokiem. Wskoczył na łóżko i przetestował znajdujące się w nim sprężyny, no ale cóż, skoro przetrzymało to mnie i moje 54 kilogramy, to pewnie przetrzyma też jego blisko 58.
    Wsadziłam popcorn do mikrofalówki, po tym jak wyjęłam z nich frytki które zrobiłam sama dla siebie w sumie. Do małych miseczek przelałam sosy, po czym rozłożyłam się na pufie która stała jeszcze jakiś czas temu w apartamencie Maćka (przyniósł mi ją bo stwierdził, że on się nie będzie na niej zbytnio wylegiwał).
    -Wybierz polski, idioto! - jęknęłam, biorąc do buzi frytkę i maczając ją przedtem w sosie czosnkowym i keczupie.
    - Kamil zabronił mi ciebie demoralizować i kazał mi ciebie edukować - odpowiedział, wzruszając ramionami i wybierając język żabojadów. - Pouczymy się francuskiego!
Zaakcentował ostatnie słowa z udawanym francuskim akcentem, po czym wyjął popcorn z mikrofalówki.
    - Lalalalalaa, nie opluj się tylko ty tygrysie - warknęłam na niego.
    - Krowy muczą a nie warczą - uśmiechnął się i powalił tuż obok mnie, szczypiąc mnie w nos i wkrótce skupiając swoją uwagę na ekranie telewizora. I chwilę później oboje popijaliśmy sobie norweskie icetea i zajadaliśmy się niezbyt pożywnymi przekąskami.
    Okazało się że Kociątko faktycznie wybrało język fhrancuzła, ale na szczęśnie również polskie napisy.Doprawdy edukujące. Maciek stwierdził, że córka głownego bohatera była ciamajdą i że nie była zbyt asertywna, oraz że ja na jej miejscu na pewno bym dała im w pysk i byłoby cacy. Później jednak uspokoiliśmy się i bez żadnych recenzji oglądnęliśmy Uprowadzoną do końca. Później wpadli jeszcze Krzysiek i Kamil, Krzysiu podrzucił nam kilka filmów, a Kamil spojrzał tylko czy żyję i dalej zatopił się w telefonicznej rozmowie z Ewą, która została w Polsce. Ostatecznie razem z Kotem oglądnęliśmy jeszcze Poznaj moich rodziców, no cóż, wypadałoby się również trochę pośmiać. No i faktycznie kwiczeliśmy jak świnie. Ha, mało powiedziane! Myśmy piszczali ze śmiechu, dusiliśmy się kilkakrotnie i pewnie reszta domowników mogłaby nas osądzić o coś typu schizofrenia.
    Po seansie Maciej pomógł mi uprzątnąć trochę pokój. Skończyliśmy o może jakoś 22, Maciejka to chciałaby pewnie się już położyć spać bo to przecież leń patentowy był, no ale że mieszkał razem z Krzysiem Miętusem to pewnie sobie coś jeszcze pogawędzą i też pooglądają. Kiedy wszystko było uprzątnięte, zaproponowałam Kotowi gorącą czekoladę. Oczy mu zabłysły, więc odebrałam to jako 'daj mi ją albo zapamiętasz mnie jako lwa, a nie milusie kociątko'. Chwilę później siedzieliśmy sobie na łóżku, patrząc w telewizji na powtórkę któregoś z meczu Barcelony.
    - Nie mów mi tylko, że im kibicujesz - rzekł Maciek-Madridista, przenikliwie patrząc na sylwetkę biegającego Messiego.
    - Nie, wolę Real - odparłam z wyszczerzem, po czym zasiorpałam czekoladą.
Zarzuciłam na siebie bluzę Jack'a Wills'a, po czym wyszłam na balkon. Mroźne, zimowe powietrze uderzyło mnie na powitanie, aczkolwiek było niesamowicie świeże i takie... Nadzwyczajne. Inne niż w Zakopanym.  Powietrze wokół pachniało jodłą i świerkami, świeżo spadającym na i tak ośnieżoną już ziemię śniegiem, moją gorącą czekoladą i... Wanilią. Dokładniej to jakąś mieszanką wanilii i prawdopodobnie kawy. Zaciągnęłam się raz jeszcze zapachem, który w sumie unosił się z niewiadomego miejsca i zobaczyłam uchylone drzwi balkonowe naprzeciwko moich. Tarasy moje i nieznajomego leżały równolegle do siebie, zmrużyłam oczy, aby ujrzeć kogoś zza szyby i serce mi na chwilę stanęło, musiałam mocniej złapać kubek żeby go nie upuścić.
    Andi pomachał mi, zarzucając na piżamę niesamowicie uroczy sweter w norweskie wzory i wycierając swoje rozczochrane, mokre włosy ręcznikiem. Wyszedł na balkon i wziął do ręki kubek stojący na parapecie.
    - Cześć schönheit - rzucił do mnie, biorąc łyk napoju z kubka z reniferem trzymającym flagę Niemiec. Miałam wrażenie, że szczęka mi za chwilę opadnie na dół. Znałam go od zaledwie kilku godzin a on mi tutaj wyjeżdża już z 'cześć piękna'? No chyba nie, człowieku. Zamrugałam kilka razy oczami, po czym ogarnęłam się i uniosłam kąciki ust do góry.
    - Cześć - popiłam gorącą czekoladę. - Co tam siorpiesz?
    - Kawę waniliową.
Więc jednak mój węch mnie nie zawiódł. Ładnie mu było w takich rozczochranych i nieułożonych włosach, w najbardziej uroczym swetrze jaki kiedykolwiek widziałam i z równie kochanym kubkiem w dłoniach. Jezus Milka, o czym ty myślisz...
    - Przeziębisz się jak z mokrą głową będziesz stał tutaj - pogroziłam mu palcem. Zaśmiał się, po czym spojrzał na mnie kobaltowymi tęczówkami.
    - Bardzo ładnie mówisz po niemiecku - zachichotał. Widziałam, jak jego niebieskie oczy śmieją się łącznie z nim samym. Słodki zapach jego kawy roznosił się wokół. - Pomyliłaś mnie właśnie z kobietą...
    - Oj cicho! - oboje zaśmialiśmy się, po czym doszliśmy do wniosku, że łatwiej będzie nam przejść na angielski. I ja, i Andi używaliśmy niezbyt rozwiniętego języka, ale już lepsze to niż mówienie do siebie 'będziesz stała zimno ciebie', bo na takiej pewnie podstawie sformułowałam moje ostatnie zdanie do niego. Dlatego też gawędziliśmy sobie po brytyjskim angielskim i piliśmy słodkie do bólu napoje.
    Usłyszałam nagle, jak Maciek puka w szybę balkonu. Otworzyłam drzwi od tarasu i wystawiłam głowę. Zauważyłam, że Maciej nawet pościelił mi łóżko. Kochana chłopaczyna.
    - Zbieram się już - poinformował mnie, po czym potrząsnął opakowaniami z dvd. - Jutro konkurs, pamiętaj tylko.
    - Będę na pewno - zapewniłam go, przytuliłam i poszedł. Wróciłam na balkon, do Andiego. Przypatrywał się mi przez chwilę, aż w końcu uśmiech znowu wrócił na jego usta. Nadal trzymał kubek w dłoniach, więc zapach jego waniliowej kawy roznosił się po okolicy.
    - Jesteście razem? - spytał nagle.
Uniosłam brwi w zaskoczeniu i spojrzałam na czerwony nos renifera na Andreasowym kubku.
    - Nie, przyjaźnię się z Maćkiem już od kilku lat - uśmiechnęłam się, wspominając dzień w którym po konkursie podeszłam do Kamila i jego kolegów. Właśnie wtedy poznałam jakby mojego drugiego brata, drugą najbliższą mi w życiu osobę zaraz po Kamilątku, Macieja.
    - Rozumiem - odpowiedział tylko i zapadła cisza. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, raz na jakiś czas mój wzrok uciekał za Andiego, do jego pokoju. Chyba jego ubrania były porozrzucane po łóżku, drzwi od któregoś z pomieszczeń, zakładam że z łazienki były uchylone. Na szafeczce nocnej stało kilka świeczek.
    Ziewnęłam przeciągle, po czym usiadłam po turecku na puchatym, aczkolwiek chłodnym dywanie, który leżał na tarasie.
    - Przeziębisz się jak tak siedzieć będziesz - spojrzał na mnie, po czym sam również usiadł na dywaniku. Tyle, że jego był w kolorze cynamonowym, mój za to w ciepłym bordowym. - Ale jak solidarność to solidarność, nie?
    Zachichotałam, po czym dopiłam czekoladę do końca.
    - Solidarność!
Unieśliśmy kubki w górę i udaliśmy, że stuknęliśmy się nimi z odległości. Czułam się teraz tak inaczej niż z Moniką albo Maćkiem, może i nawet inaczej niż z Kamilem. Z nimi również zawsze bawiłam się wspaniale, ale z Andreasem miałam jakąś taką więź, że nadawaliśmy na tych samych falach jeszcze bardziej niż nadawałam z Maćkiem czy Moniką, i mieliśmy tyle wspólnych tematów do rozmowy, że nie starczyłoby nam pewnie doby. A znaliśmy się przecież od zaledwie kilku godzin.
    - Oh mein Gott - jęknął nagle po niemiecku, sprawiając że uśmiechnęłam się. Uroczo zabrzmiał. - Już prawie wpół do dwunastej, Schuster mnie zabije...
    - Idź już spać - powiedziałam tylko, podnosząc się i obracając kubek w palcach - Nie chcę później widzieć ciebie leżącego plackiem na skoczni, boś się nie wyspał.
Zaśmiał się, po czym również wstał.
    - Może i masz rację. Dobranoc, schatz.
Pomachał do mnie tylko i wyszedł z balkonu, zostawiając mnie samą na mroźnym, zimowym wietrze. Najpierw 'cześć piękna', a teraz 'dobranoc, kochanie'? Gorąco mi się zrobiło, zapewne rumieniec wstąpił na moje zmarznięte policzki. Faktycznie Andi był mnm... No, sympatyczny, urodę to mu Bóg też podarował i w dodatku miał poczucie humoru... I to jak wplątywał niemiecki w angielski... Ale przede wszystkim jego oczy i głos! Już na treningu zauważyłam, że jego oczy były niesamowicie niebieskie i głębokie. Iskrzyły najróżniejszymi odcieniami błękitnego, morskiego i granatowego, a jego głos... Boże, jego głos był najukochańszą rzeczą, jaką słyszałam! Był jednocześnie taki męski i uroczy zarazem, zauważyłam że kiedy pił kawę lekko chrypiał. I jego wzrost też był jego atutem, zakładam że był w okolicach 185 centymetrów. No i jego uśmiech, miał idealnie białe, równe zęby...
    W głowie mi się zakręciło. O czym ty, Amelia, do cholery myślisz? No chyba nie myślisz o kimś w tym sensie. Weszłam do pokoju, zamykając za sobą drzwi na balkon i położyłam się na łóżku. Zapaliłam lampkę, która wisiała nad łóżkiem, po czym sięgnęłam ręką do szafki po mojego iPhone'a.
     


    Faktycznie Ewa jeździła często na konkursy Kamila, ale równie często zostawała w Zakopanym i zajmowała się sobą i fotografią. Teraz również została w kraju, jednak Kamilątko zawsze wydzwaniało do niej co godzinę i pytało, co u niej, czy wszystko dobrze i tak dalej, i tak dalej... Ostatnie zakochańce, hihi.
                                       
    Zastanawiałam się, czy powiedzieć Ewie o Andim i w ogóle. W końcu na razie to tylko kolega i nie zapowiada się, żebyśmy się przyjaźnili albo tym bardziej chodzili ze sobą, więc jednak postanowiłam nie zawracać tym sobie i Ewie głowy. Gdybym miała chwalić się każdą nową nawizaną znajomością, to musiałabym codziennie wysyłać do niej smsy.  
   
      
"Uh, spać się jej zachciało wtedy kiedy mi nie" - pomyślałam, po czym wlepiłam tępo wzrok w Davida Villę, cieszącego się ze zdobytej bramki na telewizorze. Poczułam, jak nuży mnie nieco sen i powieki stają się cięższe, więc postanowiłam tylko popykać sobie krótko w Angry Birdsy i na tym wesołym akcencie zakończyć dzisiejszy dzień. Wstałam z łóżka, aby wyłączyć światło w kuchni i po drodze jednocześnie pomachałam jeszcze Andiemu, który kręcił się jeszcze po swoim pokoju i zauważył mnie kątem oka. Ale miło dzisiaj dzisiejszy dzionek minął, o rajuśku!
    Wskoczyłam do łóżka i opatuliłam się kołdrą po samą szyję, tak że spod beżowej pościeli w cynamonowe paski wystawała jedynie moja głowa od uszu w górę oraz iPhone, który trzymałam w dłoniach. I na tym muszę zakończyć relację z tego dnia, bo oczy mi się same zamknęły, buzia rozdziawiła mi się, kiedy ziewnęłam beznamiętnie i następnie spokojnie zasnęłam.

                                                                ~*~
Obudziły mnie radosne głosy, dochodzące zza drzwi. Otworzyłam leniwie oczy, z niezbyt dużą chęcią do wyjścia z miękkiego, ciepłego łóżka (chyba polubię skandynawskie hotele...), no ale jak mus, to mus. Odwróciłam się na plecy i wbiłam wzrok przed siebie, trzepocząc rzęsami, aby szybciej się wybudzić. Zauważyłam, że nie wyłączyłam wczoraj telewizora i pewnie trochę będzie to właścicieli tego ośrodka kosztować, bo zza ściany całą noc również było słychać głos lektora z jakiegoś filmu. Usłyszałam nagle głośny śmiech Maćka, który piszczał co chwilę 'zostaw! zostaw!', a zaraz po nim rechot bodajże Piotrka i Krzyśka. Wsunęłam nogi w wygodne kapcie, po czym otworzyłam drzwi kluczem i wychyliłam głowę zza drzwi. Dużo się nie pomyliłam, faktycznie Maciek latał w tej wewtę po korytarzu, skacząc na jednej nodze. Wkrótce moim oczom ukazał się również Piotrek, z jego kapciem w ręku. Kiedy tylko zauważył mnie w drzwiach, wrzucił mi kapcia Kotka do pokoju i uciekł.
    - Boże Amelka, daj mi to! - zawołał z nadzieją, opierając się o framugę drzwi. Wydął dolną wargę w geście głębokiej prośby. - Ładnie proszę...
Rzuciłam w niego jego kapciem, po czym pogroziłam mu palcem z groźną miną.
    - Ja ci dam Amelka, ta Amelka to ci kiedyś odda takim kapciem, ty, ty...
Zarechotał tylko i zniknął szybko do swojego pokoju, zostawiając mnie niewyspaną, niezbyt ogarniętą i zupełnie nie wiedzącą co się dzieje. Zamknęłam drzwi od pokoju i nie miałam nawet chwili wytchnienia, bo już zadzwonił nagle mój iPhone. Rzuciłam się na szafkę nocną i nieco się zdziwiłam, kiedy na ekraniku zauważyłam przychodzące połączenie od mamy. Szybko do mojego serca wkroczyła nieograniczona radość.
    - Mamuuuś - zawołałam wesoło do telefonu, po czym zaczęłam krążyć bez celu po moim pokoju hotelowym. - Co u mnie? Nic ciekawego w sumie, oglądałam wczoraj Kamila na skoczni i trochę zdjęć porobiłam... Tak, tak, zimno jest... Mróz kilka stopni... Tak, dobrze spakowałaś wszystkie swetry...
    - A kogoś fajnego już tam poznałaś z innych reprezentacji albo coś? - spytała równie wesoło mama. Serce mi mocniej zabiło, po czym zerknęłam w stronę balkonu Andreasa. Miał zgaszone światło, więc pewnie jeszcze spał.
    - Nie... Chyba nie - ściszyłam nagle głos, zupełnie jakby ktoś mnie mógł usłyszeć.
    - Jak to 'chyba'? Nikt się fajny nie kręcił obok ciebie? - zażartowała. Upadłam bezradnie na łóżko. Muszę się wam przyznać, że wczoraj nawet zwykła, gorąca czekolada, którą piję co wieczór na zmianę z herbatą, smakowała sto razy lepiej, kiedy stałam tam na balkonie i rozmawiałam z nim. Nawet zapach wanilii, który zazwyczaj mnie drażnił, wtedy był dla mnie najpiękniejszym na świecie. I nawet jego spodnie od piżamy w granatowo-czerwoną kratę i biało-czerwony sweter w norweskie wzory były dla mnie godne wybiegu w Mediolanie. Myślałam, że nie da się złapać zauroczenia do kogoś w kilka godzin. Więc albo to ja byłam zbyt naiwna i dziecinna, albo już taki jest los istot ludzkich.
    - Nie on mamo, tylko ja- jęknęłam bezradnie do telefonu. - Chyba wpadłam po uszy.


A/N: Nuda, nuda i nuda.. Sam cukier w dzisiejszym rozdziale, bo Milka sobie uświadamia pewne hmm... Rzeczy :P Liczę jednak, że nie przejadła się wam słodycz w dzisiejszym rozdziale. W trzecim na szczęście nie będzie już aż tak słodko :) Mimo to jednak mam nadzieję że spodobał Wam się ten rozdzialik.
Co u mnie...? Dzisiejszy dzień spędziłam głównie w autokarze i Wejherowie - nie ma to jak wycieczka na cmentarz ofiar faszyzmu. Straszne, patrzeć tak na te nagrobki. Tyle ludzi tam zginęło... Brrr. Nie będę jednak o tym dużo mówić. Poza dzisiejszym wyjazdem u mnie dużo nauki, na pierwszy semestr nareszcie przyzwoita średnia 5.0... :D Teraz tylko utrzymać poziom! W czwartek mimo to i tak cały dzień siedziałam jak na szpilkach, bo Andi miał w Libercu konkurs indywidualny MŚJ i nie mogłam doczekać się 18. Ostatecznie zajął 5. miejsce, ale za to Klimek Murańka był 2.! Gratulacje! :)

CZYTASZ? = KOMENTARZ!

Jeśli ktoś chciałby być informowany o nn, proszę o nr gg w komentarzu :*

Pozdrawiam! :*